Fotograf musi być wyspany + sample z obiektywu Jupiter 37A 135mm f/3,5 (m42)
5 października 2010 | Kategoria: Obiektywy, Praktyka, Sprzętowo | Komentarzy: 10
Głodny facet, to zły facet, a śpiący fotograf, to słaby fotograf. Bo fotograf parząc musi widzieć, analizować, układać i mieć energię bez względu na rodzaj fotografii, jakim się zajmuje. Po prostu trzeba się wyspać i nie tylko dla zdjęć, ale i dla własnego zdrowia.
O tym ostatnim zapomniałem, podejmując decyzję o wypadzie z Mirkiem do Tarnowa. Dawno nie przerabiałem porannego szlajania się po nieprzespanej nocy, kiedy brak odporności jest wprost proporcjonalny do braku snu. Trochę mnie w kościach łupie od rana, ale mam nadzieję, że to nic poważnego.
W niedzielę, wczesnym rankiem, pojechaliśmy sobie do Tarnowa. Celem był Stary Cmentarz, gdzie Mirek chciał zrealizować jakiś swój pomysł. Niestety, pogoda spłatała figla i ów pomysł musi jeszcze poczekać. Skoro jednak tam byliśmy, postanowiliśmy skorzystać z okazji i pokręcić się po starej nekropolii.
Strasznie zapuszczone miejsce. Pojechałem tam bez jakiegoś wielkiego przekonania, że uda mi się pochwycić jakiś zacny temat i fajnie go zrobić. Byłem zmęczony i najwłaściwszym dla mnie miejscem było łóżko. Wybrałem jednak aparat i Tarnów – głód fotografii okazał się silniejszy od potrzeby snu.
To się zemściło. Nie miałem siły i/lub chęci zapuszczać się głęboko między groby, nie mówiąc już o przyjmowaniu niewygodnych pozycji, od których często tak wiele zależy. Były nawet chwile, że z zazdrością myślałem o tych wszystkich nieboszczykach, którzy sobie śpią. Może to i dobrze, że cmentarz jest tak stary, bo na nowszych mogłaby znaleźć się jakaś w miarę dobrze utrzymana i wygodna trumienka… ;)
Dzień prawdy skorumpowany przeciwko mnie
20 września 2010 | Kategoria: Myślę sobie..., Polecane, Praktyka | Komentarzy: 8
Taka jedna koleżanka moja prosiła mnie o zrobienie zdjęć ciekawych miejsc gminy Dębica, bo potrzebuje ich do swojej pracy magisterskiej. Ja, łasy na wszelkie okazje do fotografowania, rzecz jasna, zgodziłem się :) Tournee po gminie postanowiłem zacząć od Góry Śmierci (LINK dla tych, co nie słyszeli), bo i dla siebie chciałem to miejsce zrobić.
To jednak nie był mój dzień do robienia zdjęć. Wszystko szło mi do bólu na opak; 180 stopni inaczej, niż ja chciałem – z dokładnością do jednego stopnia. Ba, do jednej minuty! Cholerny, przeklęty, upierdiliwy dzień! Momentami aż śmiać mi się z mojej nieporadności chciało.
Albo była to wyjątkowo antyfotograficzna niedziela, albo ja zwariowałem, albo ktoś mi jakiegoś wirusa zapuścił do aparatu. Jak od niechcenia potrafię za pierwszym razem ustawić wszystko jak należy, tak wczoraj po omacku błądziłem niczym ślepy w labiryncie. Głupiego zdjęcia naświetlić nie potrafiłem, jak należy. A jak już z ekspozycją trafiłem, to znowu poziomica miała okazję nawrzucać mi od siebie.
Dobrze, że mam raw-y, to przynajmniej niektóre zdjęcia uda się odratować. Ale nie rozumiem tego: jak z dnia na dzień można stać się taką ofermą! Żeby odbijać się od -2,7EV do +1,3EV przy pomiarze matrycowym lub z priorytetem środka kadru i nie móc trafić… Gubiłem się w tych ustawieniach niesamowicie, a zimna krew, która pomogłaby mi opanować narastającą irytację, gdzieś się zapodziała. Jak totalny lamer, jak skończony, ultrazielony pstrykuś-fotuś nie potrafiłem żadnego ujęcia zrobić raz, a porządnie. Pomóc by mi mógł chyba najwyżej program tematyczny „góra śmierci w słoneczne, wrześniowe popołudnie”, włączone „wykrywanie obiektów strategicznych potrzebnych Justynie do pracy magisterskiej” z jednoczesną redukcją wpływu osoby trzymającej aparat.
Masakra… Chyba wezmę i jeszcze raz tam pojadę w tygodniu, bo na niektóre zdjęcia nie mam nawet sił patrzyć, a co dopiero dawać je komuś. Koleżeńska przysługa, więc przeszłaby jakakolwiek miernota, ale… no nie mogę! Nawet CPL nie działał tak, jak powinien. Co za dzień… wszystko na przekór, jakby jakaś wroga siła zapłaciła tej niedzieli za te wszystkie upierdliwości wyrządzone mojej skromnej, zagubionej osobie. Dupa. Po trzykroć: dupa!
Pentax K-5 – jego zdjęcie i moje dylematy
10 września 2010 | Kategoria: Aparaty, Sprzętowo | Komentarzy: 21
Zawsze miałem słabość do niszowych marek i nigdy tego nie kryłem. Świat fotografii dziwnym trafem dostosował się do moich preferencji, bowiem uznawane za niszowe Olympus i Pentax również designem najlepiej trafiają w moje gusta.
Bardzo, bardzo, bardzo ładnie wygląda K-5. Ostro, odważnie, mocno, męsko. Zupełne przeciwieństwo półprofesjonalnego modelu innej firmy, z którym K-5 najprawdopodobniej będzie bezpośrednio konkurował. Świetny design, powtarzam raz jeszcze!

Pentax K-5: wymiary: 131 x 97 x 73mm, waga: 770g, 16,2 MPx (CMOS Sony Exemor), 18 punktowy AF, ISO 200-12800 (rozszerzalne 50-25600), sugerowana cena: 1699$ (samo body) - info ze strony k-rumors.com, tam też więcej informacji
To jest właśnie aparat; spora bryła kryjąca solidny mechanizm mający robić, co do niego należy. Nie potrafię powstrzymać się od porównywania Pentaxa K-5 do dwucyfrowego modelu innej firmy, który sprawia wrażenie, jakby zaprojektowali go inżynierowie Lamborghini z działu aerodynamiki. I ten otwór mikrofonu… Może producent wie już o jakimś nowym, nadchodzącym trendzie, wedle którego do gamy różnorakich testów aparatów fotograficznych dojdzie pomiar współczynnika oporu powietrza?
Średni format to nie magia. 6×6 to matematyka.
7 września 2010 | Kategoria: Myślę sobie..., Sprzętowo | Komentarzy: 3
Jak to dobrze, że wczoraj nie musiałem się żenić. Miałem tak skopany dzień, że pewnie przed ołtarzem, zamiast słów przysięgi małżeńskiej złożyłbym wniosek o przeniesienie uroczystości na późniejszy termin. Wątpliwości były w sprawie każdej; kryzys porównywalny do tego po odkryciu prawdy o św. Mikołaju.
Ciągnie mnie do kwadratowej klatki jak nie wiem co i nie kryję się z tym. Ostatnio z Mirkiem, fotografując koszykówkę, wzdychaliśmy sobie za tą głębią, klimatem, plastyką zdjęć średniego formatu… Jest do czego wzdychać: 6×6=obraz, który aż zaprasza, by do niego wejść; przecież w jego głębi znajdzie się miejsce dla każdego. Pierwszy plan niemal wyłazi ze zdjęcia, można go palcem przesunąć albo zahaczyć, złapać i wyjąć.
Były bajki, były filmy, były również książki, w których istniały zaczarowane obrazy pozwalające wejść do siebie i zagościć w świecie za ich pomocą przedstawionym. Opis owych zaczarowanych malowideł niemal pokrywa się z tym, co napisałem o zdjęciach zrobionych aparatem średnioformatowym. Pisałem bowiem jak o czymś niezwykłym, wspaniałym, magicznym, o czym marzę i czego chcę. Bo chcę i będę miał, wiem nawet mniej więcej kiedy przyjdzie na to czas.
Jednak wczorajszy dzień sprawił, że opadła cała ta mgła niezwykłości spowijająca świat Startów, Kievów, Lubiteli, Mamiyi, Yashiki i innych. Po raz pierwszy spojrzałem na średni format chłodnym okiem, bez całej tej podnietki powodowanej zachwytem nad plastyką kwadratowego obrazu. Zamiast bajkowej magii dostrzegłem bezwzględną matematykę.
To nie czary; to tylko iluzja. Koszty spowodowały, że średni format gościł głównie w marzeniach, a marzenia dotyczyły i dotyczą tego, co wynika z prostej matematyki. Ta cała osławiona plastyka jest zasługą wartości liczbowych i ich wzajemnego na siebie wpływu:
- im dłuższa ogniskowa i mniejsza przysłona, tym płytsza głębia ostrości
- im większa powierzchnia klatki, tym szerszy kąt na tej samej ogniskowej
- im szerszy kąt, tym większa głębia, czyli odległości między planami
Po urlopie w Gdańsku. Chyba chciałbym tam wrócić.
12 sierpnia 2010 | Kategoria: Myślę sobie..., Zdjęciowo | Komentarzy: 11
Mam problem z wymyśleniem ciekawego wstępu do tego wpisu, dlatego też zaczynam od wzmianki o tym :) To chyba przez to, że tak wiele chcę powiedzieć, jednocześnie zdając sobie sprawę z tego, że to za dużo jak na jeden wpis. Trzeba więc zacisnąć zęby, powstrzymać chęci i wybrać tylko garść myśli, które paluchy wystukają na klawiaturze. Nie lubię tak, ale czasem trzeba.
Przed paroma dniami wróciłem z tygodniowego pobytu w Gdańsku, gdzie z Narzeczoną mą Kobietą urlopowaliśmy się zasłużenie. Był to pierwszy mój pobyt w stolicy Trójmiasta, dlatego – nie znając tego miasta – niczego wcześniej nie planowałem. Mowa o planach dotyczących fotografii i fotografowania, bo że na tym, a nie na smażeniu cielska na plaży się skupię, było pewne od samego początku.
Na podbój Gdańska wyruszyliśmy dopiero w trzeci dzień po przyjeździe; niemal od razu postanowiłem dać sobie spokój z robieniem zdjęć miejsc, zabytków, obiektów i innych turystycznych kadrów. Wszyscy to robią, mnie to nie kręci, za to do bólu jara mnie to, co po drugiej stronie obiektywów tych wszystkich turystów. Tematem mojej urlopowej fotografii byli turyści i to, co ma z nimi związek.
Obserwując ludzi, ich wpływ na odwiedzane miejsca i wpływ tych miejsc na turystów wysnuwałem rozmaite wnioski, co jakiś czas ich potok przecinając dźwiękiem migawki. Strasznym kiczem trąci ta cała turystyka: ludzie tępo konsumując papkę podawaną przez tych, którzy starają się wycisnąć z nich jak najwięcej pieniążków. Ludzie nie zastanawiają się nad tym, co jest im pokazywane – ważne żeby było dużo i nie wymagało samodzielności w myśleniu. Szkoda, że tak musi być.
Masę zdjęć przywiozłem z Gdańska: zdjęć ludzi, jakiś z pozoru mało istotnych pierdół, które jednak i dziś, i za czas jakiś, więcej wspomnień przywołają, niż fotki pomników, muzealnych gablot czy jeszcze jakichś innych turystycznych atrakcji. Te moje „pamiątkowe” zdjęcia często robiłem pod wpływem impulsu, a takowy, z czymś konkretnym związany, odciska swoje piętno w pamięci. Przeglądam sobie raz kolejny te wszystkie moje zdjęcia i właściwie przy każdym z nich jestem w stanie przypomnieć sobie nawet to, o czym w danym momencie myślałem.
Turyści niby wszędzie są tacy sami, albo przynajmniej bardzo do siebie podobni. Podobnie wyglądają i podobnie się zachowują, ale w tandemie z miejscami to oni byli i są żywi i to oni ten turystyczny młynek napędzają. Obce twarze, ale bez nich nie byłoby tak samo. Na nie polowałem, wyczekiwałem pewnych zachowań, przeczuwałem gesty, starając się wniknąć w to, co pośród zabytków było żywe i autentyczne – czyli nie malowane i ustawione pod turystów. Stąd tyle w pamięci i między pikselami.




