Osłona przeciwsłoneczna – najlepsza ochrona obiektywu i… aparatu

Do napisania tego wpisu skłonił mnie taki drobny i przemiły fakt – rozwaliłem aparat. Jak to? A tak: gruba kurtka, lekki tandem body+szkło, śliski pasek i chwila dekoncentracji na ciągłym poprawianiu go na ramieniu i… trzask o chodnik.

Pierwszą myślą nie było żadne „ja pier…”, albo „czy nic się nie stało?”. Pierwszą myślą było: „nie zabrałem tulipana”. Ten jeden jedyny, pieprzony raz zrezygnowałem z założenia osłony przeciwsłonecznej na obiektyw i pech chciał, że o ten jeden jedyny raz za dużo. Aparat szlag trafił. Choć nie musiał.

Kiedyś w podobny sposób spadł mi aparat na podobne podłoże, ale z jeszcze większej wysokości. Poza kilkoma widocznymi do dziś rysami na wypukłościach korpusu i tulipanie nic poważnego się nie stało. Sprzęt uratowała właśnie osłona przeciwsłoneczna, której jeden z listków wziął na siebie impet uderzenia, zamortyzował je i sprężyście „odbił” tak, że aparat przeturlał się po podłożu, zamiast całe zderzenie przyjmować „na flaki”.

To coś jak z samochodami, w których stosuje się strefę kontrolowanego zgniotu amortyzującą siłę uderzenia, dzięki czemu podróżujący z kraks wychodzą z mniejszymi obrażeniami wewnętrznymi. Gdyby samochody były super sztywne i ich uszkodzenia kończyłyby się na malowaniu zderzaka, to przeciążenia powstałe w momentach uderzenia zwyczajnie zrywałyby flaki jadących, zabijając ich „od środka”.

Tym jednym, jedynym razem nie wziąłem osłony przeciwsłonecznej. Aparat o chodnik uderzył obiektywem niemalże pod kątem prostym. Żadnej amortyzacji nie było. Siła uderzenia wepchnęła założony dekielek do środka filtra, tłukąc w nim szkiełko.

Czytaj całość…