Fotografia jest jak kobieta

Fotografia jest jak kobieta

Fotografia jest jak kobieta

Często szukam analogii między fotografią, a innymi składowymi mojego świata. Kiedyś zajmowałem się muzyką, czym przy okazji zaszczepiłem brata; on nadal tworzy dźwięki, podczas gdy ja kąpię się w morzu fotografii. Zdarza się, że brat prosi mnie, bym swoim wrażliwym uchem sprawdził brzmienie jego najnowszej produkcji. Słucham uważnie, dźwięki starając się wizualizować.

Co widzę, gdy słyszę? Widzę obraz; bliżej nieokreślone kształty, ale wyraźne są barwy i kontrasty… Dźwięki o wysokich częstotliwościach postrzegam jako biel i zbliżone jej odcieniem szarości, z kolei tony niskie są czernią i głębokimi cieniami. Dzięki takiej wizualizacji jestem w stanie bardzo łatwo wskazać mankamenty nagrania i dokładnie określić, co należy poprawić. Słyszę przepały, słyszę zgaszone przepały, słyszę nadmiar średnich, widzę kompresor… Krótko mówiąc: potrafię słyszeć fotografię i widzieć muzykę. Pod pewnymi względami są one takie same.

A co łączy kobiety i fotografię? 5 wspólnych typów kobiet i zdjęć. Oto i one:

1) Choinkowa bombka – to kobieta tak pusta w środku, jak efektowna na zewnątrz. Bogato zdobiona lub tylko oddająca obraz swojego otoczenia, w dodatku mocno zniekształcony. Czasem pół na pół, jednak zawsze atrakcyjna, ozdobna, skupiająca na sobie wzrok.

Fotografia będąca odpowiednikiem kobiety-bombki jest demem upiększających efektów graficznych. Potężna warstwa makijażu kryje pustkę: gdyby zdjąć te wszystkie świecidełka i mazidełka, okazałoby się, że pod nimi nic ciekawego nie ma. Żadnej sensownej treści. Zero, null! Po co komu taka kobieta? Chyba tylko na ozdobę, bo do prezentacji ciuchów wystarczy manekin.

2) Wspaniały prezent pod choinką – opakowanie tak efektowne i ładne, że aż żal je niszczyć! Ale trzeba, bo bez tego nie ujrzy świata to, co znajduje się w środku. Oto kobiety wartościowe; inteligentne, z zasadami, godne zaufania, na których w życiu można polegać. Mają tylko jedną wadę: próżność. Muszą się grubo malować, efektownie stroić i poprawiać swoje ciało, czym tworzą powłokę, przez którą nie każdemu uda się przebić. Lub nie każdemu chce się przebijać, albo też nie każdy dostrzeże, że jest się po co przebijać. Lepiej zostawić; niech sobie ładnie wygląda.

Dobre zdjęcie też można spaprać niepotrzebnym tuningiem. Śmieją się gęby na samo brzmienie hasła „wiejski tuning”, a czymże on jest, jeśli nie efektem nieudolnych prób poprawienia fabryki? Skoro coś powstało takie, a nie inne i nie powstało przypadkiem, to po co robić z tego foto-szopkę? Tuningować trzeba umieć; tuning ma podnosić „naturalne” walory, a nie je neutralizować.

Czytaj całość…

Najlepsze ujęcia* trzeba sobie wychodzić

Gdyby wszyscy pracujący aparatem tak czynili, część z nich pewnie za swoje usługi kazałaby sobie płacić od kilometra. Bo fotografia, to kolejna broszka, w której liczy się praca nóg. Smutna to i brutalna prawda dla wygodnickich, ale fakt jest faktem: do zestawu ćwiczeń doskonalących fotograficzny warsztat trzeba dorzucić bieżnię. Nie ma, że boli! Zalać klejem zoomy i zacząć chodzić!

Tiaaa, obiektywy zmiennoogniskowe są cholernie wygodne. Najlepiej te z zakresu 18-200mm. Czemu jeszcze nikt nie zrobił multi-hiper-ultra zooma, takiego powiedzmy od ósemki po okrągły tysiączek. Przecież wtedy wszystkim żyłoby się lepiej! Zamiast łazić wte i wewte, taszczyć ze sobą kilogramy obiektywów, wystarczyłoby z takim jednym 8-1000mm (f/3,6-16 ;)) usiąść sobie wygodnie i kręcąc pierścieniem ogniskowej kadrować nie ruszając się z miejsca. Czyż nie? Ano… nie.

Założę się, że są i tacy, którzy nie mają świadomości tego, że wraz ze wzrostem ogniskowej maleje kąt widzenia. Takim wydaje się, że robiąc zuuuum + pstryk otrzymają to samo, co robiąc pstryk z bardzo bliska. Otóż wcale tak nie jest. Dłuższa ogniskowa = węższy kąt = mniejszy fragment tła. I spłaszczona perspektywa.

Kąt widzenia jest kluczowym parametrem, którym każdy szanujący się fotograf powinien umieć operować. Ogniskowa i przysłona – na nich skupia się większość. Nieco rzadziej priorytetem jest czas migawki. Jak często ogniskowa postrzegana jest w kontekście głębi ostrości i minimalnego czasu migawki, tak często nie docenia się jej roli w kompozycji i plastyce zdjęcia.

Warto to sobie uświadomić, pamiętać o tym i uczyć się z tego korzystać. Odpowiednie operowanie ogniskową w celu kontroli kątów widzenia (zoom w nogach) sprawi, że zdjęcia będą ciekawsze, kadry lepiej zagospodarowane, a fotograf bardziej zadowolony :)

Kto powiedział, że im dłuższa ogniskowa w portrecie, tym lepiej? Ten, komu zależy na możliwie najpłytszej głębi ostrości i pal licho tło. Mała głębia ostrości w portrecie – z tym się mogę zgodzić, ale też pod pewnymi warunkami (o portrecie napiszę innym razem). Jeśli komuś zależy na zrobieniu komuś portretu w plenerze z jednoczesnym zneutralizowaniem tła, niech fotografuje nawet i teleskopem.

Czytaj całość…

Fotografem jesteś, czy matematykiem?

Tak się zastanawiałem nad wyznacznikami oceny zdjęć. Doszedłem do wniosku, że początkującemu łatwiej uzyskać aprobatę u najlepszych, u artystów, aniżeli u nieco bardziej zaawansowanych, ale też początkujących fotografów.

Początkujący są początkujący; stawiają te swoje pierwsze kroki i uczą się na opinii innych. „Nie ma złych uczniów, są tylko źli wychowawcy” – takie powiedzonko swego czasu usłyszałem. Sądzę, że jest w nim sporo prawdy. To nauczyciele wychowują, kształtują młodych, wpajając im filozofię i kształtując formy, na których w przyszłości powstaną nowe warsztaty.

Trochę chybione wydaje mi się oddawanie pod ocenę swoich prac ludziom, którzy sami zbyt wiele nie potrafią. Nie mają stylu, zataczają się pod ciężarem techniki i wszystko widzą przez ramy trójpodziału i wykres histogramu.

Pamiętacie literki z elementarza? Takich samych uczono Was w klasach zerowych i pierwszych szkoły podstawowej. Mała literka do linii grubej, wielka do cienkiej. To były podstawy, na których powstały miliony charakterów pisma. To samo jest w fotografii, to samo jest w jeździe samochodem, to samo w wielu innych zawodach. Jest fundament, na którym każdy buduje po swojemu.

Artyści patrzą gołym okiem, interpretują, starają się zrozumieć to, co widzą. Ci z mlekiem pod nosem przykładają formy i foremki, podstawiają do wzoru, obliczają i porównują, bo interesuje ich nie unikalność, charakter, jakiś ukryty przekaz, ale po prostu poprawność. Zwykła, pieprzona, szablonowa poprawność. Ma pasować do liniuszka, ma się mieścić w wykresie, ma się dać policzyć via znany już wzór.

Matematyka, królowa nauk… wszystko można obliczyć, policzyć, na wszystko ustalić wzór. Nawet dzieła sztuki, w tym obrazy i rzeźby, sprowadzono do wzoru, zawierając w liczbach m.in. tzw. doskonałe proporcje. No i co z tego?

Nie wierzę, aby udało się tę drogę pokonać od tyłu i dzieło sztuki stworzyć od liczb. Gotowy obraz obliczyć można, ale malować według wzoru?

Liczy się to, co artysta chce pokazać. Jeśli ma zamysł i potrafi go zrealizować, wtedy ci, którzy potrafią patrzyć patrzą, widzą, podziwiają, interpretują i dyskutują. Całej ślepej reszcie pozostaje dopasowywanie do wzorów i szablonów i krytykowanie lub milczenie. Rzemieślników jest od cholery, ale artystów znaleźć ciężko.

Czy wiesz, że robiąc zdjęcia tak, aby przypodobać się innym, wyzbywasz się własnego ja? Wyrzekasz się swojej indywidualności starając się być kolejną maszyną produkującą produkt, który będzie odpowiadał ogólnie przyjętym standardom?

Czy wiesz, że używając przyrządów pomiarowych do oceny twórczości innych, zabijasz tych ludzi? A wiesz, że oni mierząc Cię tą samą miarą robią Tobie to samo? Czy jest Ci wiadome to, że mordując siebie nawzajem ubijacie także to, co zaczynało w was kiełkować?

Czytaj całość…

Szkoda migawki na zepsute zdjęcia

Pan młody za Warszawą

wesele w subiektywie

Ten, no… Mam kilka pomysłów na rozpoczęcie tego wpisu i trudno mi się zdecydować. „Od przybytku głowa nie boli”, jako jedno z polskich porzekadeł rzecze, jednak w przypadku opisanym w poprzednim zdaniu jest zgoła odwrotnie. I nie tylko nadmiar pomysłów na wstęp jest szkodliwy, bowiem nadmiar zdjęć, które ostatecznie i tak w koszu wylądują, również działa negatywnie.

Przed erą fotografii cyfrowej rządziły aparaty małoobrazkowe. Profesjonaliści i pasjonaci działali lustrzankami, przy czym w przypadku amatorów (zaawansowanych zwykle), o zakupie tego typu aparatu nie decydowała lepsza jakość zdjęć, jak to ma miejsce w świecie fotografii cyfrowej, ale możliwość kreatywnego fotografowania i stosowania różnych typów obiektywów. Jeśli ktoś nie potrzebował odbitek w formacie plakatu, to różnicy między zdjęciem zrobionym lustrzanką a fotką pstrykniętą kompaktem nie zauważał.

W dobie fotografii cyfrowej lustrzanka stała się synonimem jakości i lansu. Ceny między dobrą małpką a prostym w obsłudze lustrem są niewielkie, za to w kwestii jakości można mówić o przepaści. Kupują więc ambitni coraz to tańsze lustrzanki z trybami dla zielonych, detekcją mordek w kadrze i innymi ficzerami i pstrykusiają tysiące fotek, z których wszystkie są super, ale dziwnym trafem tych tysięcy zdjęć nikt po paru miesiącach czy latach nie ogląda. Z resztą z tych fotek niewiele w ogóle ostanie się na dysku czy innym nośniku danych, ponieważ zostaną one skasowane bo „nie wyszły”.

Nie wnoszę o wymaganie w sklepach pozwoleń popartych dyplomami ukończenia kursów fotograficznych od chętnego wejścia w posiadanie aparatu zwanego lustrzanką, bo nie za moje pieniądze i nie dla moich zdjęć to. Chcę natomiast zasugerować coś, co po opanowaniu i stosowaniu w praktyce okaże się być błogosławieństwem.

Po co pstrykać tysiące zdjęć, z których kilka do czegoś może się nada? Po co zapychać dyski gigabajtami bezmyślnych pstryków, skoro wystarczy odrobina samodyscypliny, by wirtualne kolekcje zdjęć zaczęły przypominać tradycyjny album ze zdjęciami 9×13, 10×15 czy tam nawet 13×18?

Świadkowa

wesele w subiektywie

Wystarczy przed naciśnięciem spustu migawki dwa razy pomyśleć, czy zdjęcie, które właśnie z byle powodu zamierzam pstryknąć, będzie do czegoś przydatne później. Karta pamięci, którą w każdej chwili można opróżnić (no, chyba że to WORM SanDiska) nie ogranicza, jak rolka filmu o długości 24 czy nawet 36 klatek.

Klisza kosztowała, wywołanie kosztowało, odbitki kosztowały, więc ludzie za aparatem zastanawiali się dobrze nad sensownością zrobienia „pstryk”. I dlatego tak niewiele zdjęć lądowało w koszu, a tak wiele trafiało do albumów, po które do dziś z przyjemnością się sięga. Strach liczyć zdjęcia usunięte z karty/dysku!

Każde kolejne pstryknięcie zbliża migawkę do nieuchronnej śmierci. Nie wszyscy to wiedzą, że ich aparaty mają określoną żywotność. Szczęście, jeśli uda się „załatwić” migawkę jeszcze w okresie gwarancyjnym – wtedy można liczyć na bezpłatny serwis producenta. Gorzej, jak bezmyślnie waląc zdjęcia – często niepotrzebnie całymi szybkimi seriami – migawki nie uda się wykończyć przed wygaśnięciem gwarancji. Analogi w rękach amatorów tego problemu nie miały, bo komu by się chciało robić kilka tysięcy rolek filmu, albo kogo byłoby na to stać? Dziś zrobienie tysięcy zdjęć niemalże nic nie kosztuje.

A gdyby tak zastanawiać się dobrze nad każdym zdjęciem… no co by wtedy było? Ano byłyby same dobre ujęcia. Nie da się robić samych super, bo każda seria – bez względu na jej poziom – będzie miała jeden lub dwa kadry zdecydowanie wybijające się ponad resztę. Niemniej takie przemyślane prace nie wylądują w koszu, a będzie ich mniej, niż głupich pstryków. Nie ilość, a jakość.

Czytaj całość…

Myśl, patrz i myśl i fotografią wyrażaj siebie

Humanistów przepraszam za tytuł tego wpisu – domyślam się, że zabolało. Musiałem to zrobić, chciałem – bo u mnie „chcę” niemal równoważy się z „muszę”. Komponując tytuł w sposób taki, a nie inny, chciałem/musiałem uzyskać efekt analogiczny do tego, o czym chcę dziś napisać.

Fotografia powinna dotykać. Fotografia powinna skutecznie dotykać, abyś poczuł ją bez względu na stan umysłu. Jeśli śpisz odwrócony do niej plecami, niechaj ona twoje obojętne ścierwo szarpie, gryzie i szczypie. Jeżeli jednak jesteś na nią otwarty, starasz się każdym nerwem chłonąc wszystkie bodźce, jakie do ciebie wysyła, ona winna ci to wynagradzać pieszczotą, subtelnym dotykiem, pocałunkiem… Czasem zmoczyć, jak wodospad, innym razem będąc pojedynczą kroplą wody.

Poranek

Poranek / Olympus e-520 + Helios 44M-4 (58mm, f/3,5)

Fotografia nie może być martwa. Fotografia musi być jak człowiek: żywa i niepowtarzalna. Nie może być efektem odlewu w gotowej formie. Porównywana do człowieka musi być jego dziełem, musi zawierać w sobie pierwiastek swojego twórcy. Jak dziecko. Nie taka prosta sprawa to, bo do ojcostwa trzeba dojrzeć.

Musi przyjść ten moment, by teoretyczną wiedzę o rodzicielstwie zderzyć z życiem i zastosować ją w praktyce. Bez teorii bardzo trudno odnaleźć się w praktyce; ignorantów uratować mogą ponadprzeciętne zdolności połączone z wybitną intuicją, przy akompaniamencie szczęścia.

Człowiek od najmłodszych lat się uczy. Nauka ta opiera się na wpajaniu zasad, którym po ich opanowaniu nadaje się indywidualnych, charakterystycznych cech. Mówi się o stylu pisania (tzw. charakter pisma), o sposobie chodzenia, o stylu jazdy samochodem albo gry w piłkę. Ludzie na etapie zdobywania nowych umiejętności wszystko robią tak samo.

Czytaj całość…