Mocno rozmyte tło, czyli o pewnym trendzie we współczesnej fotografii
28 marca 2012 | Kategoria: Myślę sobie..., Polecane, Praktyka, Sprzętowo | Komentarzy: 34
„Chłop ze wsi wyjdzie, ale wieś z chłopa nigdy” – nie wiem, dlaczego akurat to powiedzenie przychodzi mi na myśl, kiedy myślę o tych wszystkich ludkach, którzy wyszli ze świata kompaktów, wleźli w świat lustrzanek i mają obsesję na punkcie rozmytego tła.
Część nie potrafi uzasadnić, dlaczego to rozmyte tło im się tak podoba. Inni kombinują z tłumaczeniem, że możliwość odseparowania motywu głównego od tła jest narzędziem artystycznym, które się przydaje. No i, patrząc na zdjęcia takich, można odnieść wrażenie, że oni tego narzędzia nie wypuszczają z rąk.
Skąd się to bierze, że jedni dadzą się pociąć za możliwość robienia takich zdjęć, a drudzy za możliwość zrobienia sobie takich zdjęć? Chyba stąd, że rozmyte tło definiuje dobry, tzw. „profesjonalny” sprzęt. Nieważna kompozycja, motyw czy wierność obrazu. Jest rozmyte tło, to jest profesjonalnie.
Po przesiadce z kompaktu na „cyfrowe lustro” też na pewien czas dostałem fioła na punkcie płytkiej głębi ostrości. Maciupkie matrycki w małpkach takiego wypasu nie oferowały, a nowy sprzęt… Nie pamiętałem wtedy o tym, że przecież kiedyś już miałem sprzęt pozwalający robić zdjęcia z rozmytym tłem! Nawet bardziej rozmytym, niż z cyfrowej lustrzanki z cropem 2x. Miałem przecież Zenita TTL z Heliosem 58/2! Tyle tylko, że w czasach, w których go miałem, koło dupy latało mi to, czy zdjęcie będzie miało tło rozmyte tak bardzo, jak to tylko możliwe.
Ba! W większości przypadków rozmyte tło było wadą! W końcu przecież nie po to skrupulatnie ustawiałem ostrość (oczywiście, że manualnie), aby mieć zdjęcie nieostre! Czaicie, jakim wypasem byłby wtedy crop, oferujący większą głębię ostrości? Nie dość, że zdjęcia byłyby fajniejsze, to jeszcze klisze tańsze!
A teraz format 135 pokutuje w wersji cyfrowej i do rozstroju nerwowego doprowadza projektujących obiektywy. Bo jak tu zrobić porządne szkło pod dużą matrycę? A to winietowanie, a to mydło w rogach kadru… Do tego dochodzi jeszcze 3D: duży rozmiar, duży ciężar i duże koszty.
„Pełna klatka”. Co to, kurde, znaczy? A crop jest „be”. Co to, kurde, znaczy? Przecież 36×24 też jest cropem!!! Jest mniejszą i tańszą opcją względem średniego formatu, który z kolei jest cropem wielkiego, a wielkiego też można przerosnąć. Tylko po co? Żeby sprzęt ciężarówką wozić i kościołom robić zdjęcia z rozmytym tłem? Czy może portret całej postaci, której środek rzęs pięknie odcina się od rozmytych powiek?
Pozwól fotografii robić Ci prezenty
22 listopada 2011 | Kategoria: Myślę sobie..., Praktyka | Komentarzy: 9
- Jak można wkurzyć fotografa z ambicjami?
- Wystarczy powtarzać mu, że niezłe zdjęcia mu wychodzą.
Z naciskiem na „wychodzą”.
Chyba każdy chce zdjęcia robić, a nie, żeby mu one wychodziły. Bo jak mu zdjęcie wyjdzie, to można mówić o farcie, a jeśli zdjęcie zrobił on, no to wszelkie laury należą się jemu. Bo wypatrzył, bo wypocił perspektywę, bo przycisnął w odpowiedniej chwili, bo zdjęcia robi on, bo zdjęcia same nie wychodzą.
To kwestia ambicji, dumy i – w zdrowych przypadkach – również samodoskonalenia. No dobra… a co, jeśli jednak, jak na złość, zdjęcie zrobi się samo? Wyjdzie udane, trafi w gust oglądających, ucieszy fotografa, ale jednocześnie będzie go gryzło? Bo nie on je zrobił, bo zrobiło się samo, bo miał szczęście, które zwykło sprzyjać głupim, bo inni myślą, że to on, ale on sam siebie nie oszuka?
W dążeniu do całkowitej kontroli nad obrazem odbieramy szansę dobrej wróżce na zrobienie miłej niespodzianki. Nie zostawiamy miejsca na brak skupienia, na brak odliczania i na swobodny oddech. Wstrzymujemy go, rozbijamy momenty na tysięczne sekundy i oglądamy efekt surowym okiem. Czy cieszy? Musi. Zdjęcie jest dobre. Technicznie nienagannie, obróbka wporzo… w końcu rutyna. Powtarzalność. Zero przypadku.
A jeśli jednak szlag pancerz nasz trafi i migawka mimowolnie wykona swój cykl? Co wtedy? To, co ja w pierwszej chwili chciałem wczoraj zrobić? Wyuczona sekwencja przycisków, którą kończy OK potwierdzający usunięcie zdjęcia? Pierwszy, drugi, strzałka, OK – to chciałem wykonać bez obejrzenia zdjęcia na wyświetlaczu aparatu. Ale niechcący zobaczyłem to zdjęcie i… postanowiłem nie usuwać.
Czasem trzeba odpocząć, by polubić plamy
30 kwietnia 2011 | Kategoria: Myślę sobie..., Praktyka | Skomentuj
Niby wybyczyłem się przez święta. Niby w ostatnim czasie mniej pracy było. Niby w ostatnich tygodniach aparat nie leżał bezczynnie i się nie kurzył. Niby w związku z tym wszystkim powinno wszystko grać i prawidłowy balans winien być zachowany. Niby tak, ale jednak nie tak.
Potrzebowałem głęboko odetchnąć i zrobić coś na pełnym luzie. Nie myśląc jak, nie zastanawiając się po co i nie kombinując, by było lepiej, niż być może. Po prostu: fotografować tylko i wyłącznie dla zabawy, dla przyjemności i w przenośni dla „rozprostowania kości”. Właśnie tak: przeciągnąć te swoje fotograficzne gnaty, nie bacząc na to, że dziwne miny przy tym robię i dziwne dźwięki z siebie wydaję.
A później zapomnieć o kolorze i zabawić się w czernie i biele, światła i cienie, plamy jasne i ciemne i duże kontrasty. Bez wcześniejszych założeń. Dla przyjemności. Zdjęcia robiłem na lajcie, więc na lajcie je wywołałem. Nikt nie musiał ich widzieć, za to ja miałem okazję, by na luzie zbliżyć się do pustych plam, których dotąd tak bardzo się bałem. Zawsze kombinowałem, aby nawet w głębokich cieniach przemycić szczegóły i miętoliłem te biedne zdjęcia, których jasne lub ciemne obszary aż się prosiły o wypełnienie.
Łomoszoping. Zakupowa fotografia komórkowa
22 kwietnia 2011 | Kategoria: Pozostałe, Zdjęciowo | Komentarzy: 11
Kilka dni temu przeglądałem zdjęcia zgromadzone w telefonie – bo zrobione nim. Potrzebowałem kilka z nich przesłać na komputer. W trakcie przeglądania natrafiłem na kilka – wykonanych w sporych odstępach czasowych – zdjęć, które miały jeden, wspólny mianownik: zrobiłem je w trakcie zakupów.
Zrzuciłem na komputer i je, po czym zabrałem się za przeglądanie. Część z nich niezbyt nadaje się do oglądania – tak bardzo poruszone są. W dodatku mój telefon – Samsung Monte – ma taką głupią manierę: poruszone zdjęcia zapisuje dokładnie tak, jak na zdjęciu obok.
Do wad aparatu w moim Samsungu dorzucę też brak innych czułości, a kompensacja ekspozycji jest picem, bo robi za nią… zwykła korekcja gamma. Pozostaje więc poszukać komóry z lepszym aparatem i podążyć tą sklepową odnogą łomografii ;)
A tymczasem zapraszam do obejrzenia skromnej galeryjki zdjęć zgromadzonych do tej pory. Daty i miejsca w opisie zdjęć.
Fotografia jest jak kobieta
16 października 2010 | Kategoria: Myślę sobie..., Polecane | Komentarzy: 11
Często szukam analogii między fotografią, a innymi składowymi mojego świata. Kiedyś zajmowałem się muzyką, czym przy okazji zaszczepiłem brata; on nadal tworzy dźwięki, podczas gdy ja kąpię się w morzu fotografii. Zdarza się, że brat prosi mnie, bym swoim wrażliwym uchem sprawdził brzmienie jego najnowszej produkcji. Słucham uważnie, dźwięki starając się wizualizować.
Co widzę, gdy słyszę? Widzę obraz; bliżej nieokreślone kształty, ale wyraźne są barwy i kontrasty… Dźwięki o wysokich częstotliwościach postrzegam jako biel i zbliżone jej odcieniem szarości, z kolei tony niskie są czernią i głębokimi cieniami. Dzięki takiej wizualizacji jestem w stanie bardzo łatwo wskazać mankamenty nagrania i dokładnie określić, co należy poprawić. Słyszę przepały, słyszę zgaszone przepały, słyszę nadmiar średnich, widzę kompresor… Krótko mówiąc: potrafię słyszeć fotografię i widzieć muzykę. Pod pewnymi względami są one takie same.
A co łączy kobiety i fotografię? 5 wspólnych typów kobiet i zdjęć. Oto i one:
1) Choinkowa bombka – to kobieta tak pusta w środku, jak efektowna na zewnątrz. Bogato zdobiona lub tylko oddająca obraz swojego otoczenia, w dodatku mocno zniekształcony. Czasem pół na pół, jednak zawsze atrakcyjna, ozdobna, skupiająca na sobie wzrok.
Fotografia będąca odpowiednikiem kobiety-bombki jest demem upiększających efektów graficznych. Potężna warstwa makijażu kryje pustkę: gdyby zdjąć te wszystkie świecidełka i mazidełka, okazałoby się, że pod nimi nic ciekawego nie ma. Żadnej sensownej treści. Zero, null! Po co komu taka kobieta? Chyba tylko na ozdobę, bo do prezentacji ciuchów wystarczy manekin.
2) Wspaniały prezent pod choinką – opakowanie tak efektowne i ładne, że aż żal je niszczyć! Ale trzeba, bo bez tego nie ujrzy świata to, co znajduje się w środku. Oto kobiety wartościowe; inteligentne, z zasadami, godne zaufania, na których w życiu można polegać. Mają tylko jedną wadę: próżność. Muszą się grubo malować, efektownie stroić i poprawiać swoje ciało, czym tworzą powłokę, przez którą nie każdemu uda się przebić. Lub nie każdemu chce się przebijać, albo też nie każdy dostrzeże, że jest się po co przebijać. Lepiej zostawić; niech sobie ładnie wygląda.
Dobre zdjęcie też można spaprać niepotrzebnym tuningiem. Śmieją się gęby na samo brzmienie hasła „wiejski tuning”, a czymże on jest, jeśli nie efektem nieudolnych prób poprawienia fabryki? Skoro coś powstało takie, a nie inne i nie powstało przypadkiem, to po co robić z tego foto-szopkę? Tuningować trzeba umieć; tuning ma podnosić „naturalne” walory, a nie je neutralizować.



