Teatr Kurtyna „Papa się żeni” – zdjęcia
19 kwietnia 2011 | Kategoria: Praktyka, Zdjęciowo | Komentarzy: 3
W dniach 16 i 17 kwietnia na scenie dębickiego Domu Kultury „Śnieżka” była okazja obejrzenia teatryzacji klasyku polskiego kina pt. „Papa się żeni”. Teatr Kurtyna zaprezentował własną interpretację historii Miry Stelli i jej adoratorów. Muszę przyznać, że ten teatralny remix – dość odważny – całkiem fajnie im wyszedł. Więcej na temat moich kulturalnych wrażeń na blogu Szuman.eu (KLIK)
„Papa się żeni” obejrzałem w niedzielę, w towarzystwie Oblubienicy Mej Kobiety. Tym razem nikt mnie nie prosił o zdjęcia, więc spokojnie mogliśmy sobie zasiąść na widowni, nie przejmując się miejscem, z jakiego przyjdzie nam sztukę oglądać. Ale nie byłbym sobą, gdybym nie wziął aparatu :) Teraz jednak wziąłem go dla zabawy. Chciałem zrobić trochę zdjęć z perspektywy widza, a przy okazji – korzystając z braku fotograficznych zobowiązań wobec kogokolwiek – w pełni oddać się rękodziełu. No, jedynym automatem, z jakiego korzystałem, był (niezbyt celny w tym obiektywie) AF – ale z włączoną opcją ręcznej korekty.
Klisza wybacza najwięcej, a najmniej matryca LiveMOS – czyli dokładnie taka, w jaką wyposażony jest mój Olympus. Żeby było ciekawiej, zabrałem ze sobą tylko jeden akumulator, tylko jedną kartę pamięci i tylko obiektywy kitowe: 40-150 mm i 14-42 mm, którego jednak nie użyłem (wziąłem na wypadek, gdybyśmy dostali miejsce blisko sceny). Ot, typowy zestaw niedzielnego używacza lustrzanki. Pod koniec spektaklu żałowałem, że nie zabrałem całej torby z fotoklamotami – przydałaby mi się lampa. Ale wiecie co? Po całej godzinie powstrzymywania się od wstania z miejsca i fotografowania, brak dodatkowego sprzętu wcale mnie nie bolał. Nawet swego rodzaju satysfakcję czułem – podobną do tej, jaką daje rzucenie palenia.
Słabiutko w tej „Śnieżce” świecą. Gdybym z takimi ustawieniami ekspozycji robił Mokaferię (link), to 90% zdjęć byłoby wyjaranych na wylot. ;) Przed rozpoczęciem niedzielnego seansu wstępnie sobie aparat poustawiałem, ale gdy się zaczęło… prędko czułość w górę i dopiero stopniowo dostosowywałem się do warunków. Kusiła wtedy możliwość przejścia na półautomat, ale nie dałem się. ISO 800 i ciągłe lawirowanie, aby utrzymać czasy na poziomie nie dłuższym, niż 1/40s, co przy przysłonie 5,6-6,3 pozwalało zdjęcia naświetlać na poziomie -4 do -2,7.
Paskudnie powychodziły niektóre zdjęcia, ale było to do przewidzenia. Zrobione na ISO 800, podciągane po 3 EV i bez najmniejszego odszumiania muszą być brzydkie. Poza tym wiele kadrów niepotrzebnie ucierpiało przez manual: naświetlałem je z czasami po 1/250s, a spokojnie wystarczałoby im 1/80s. Czasem jednak nie nadążałem czasem z ustawieniami – przyznaję. Jednak nie żałuję tej zabawy, bo nawet, gdy efekty są mizerne, to frajda i kolejne zdobyte doświadczenia są na ogół bezcenne.
Mokaferia Love – zdjęcia z koncertu
16 lutego 2011 | Kategoria: Zdjęciowo | Komentarzy: 14
Na dzień przed koncertem nie byłem zdecydowany, czy iść, czy też odpuścić sobie. Z jednej strony cholerny głód fotografowania, z drugiej niechęć do instytucji zwanej świętem zakochanych, a pośrodku gdzieś, neutralna obojętność wobec fotografii koncertowej. Lubię pooglądać kadry innych, ale mnie osobiście możliwość pstrykania pod sceną nie przyprawia o szybsze bicie serca. Przynajmniej nie takie, jak zakochanych w tej sztuce fotografów.
Do rozpoczęcia walentynkowego koncertu „Mokaferia Love” (to już czwarta edycja) było około 23 godziny, kiedy zadzwonił telefon. Zerknąłem na wyświetlacz, by zobaczyć, kto po drugiej stronie linii oczekuje, aż odbiorę. „Hej, cześć, bla bla bla, bo robić zdjęcia na koncercie, bla bla bla, OK, super, spoko, papa”… No i szlag trafił dylematy: idę, lecę! Jadę. Kuzynka prosi.
Czego się życzy fotografowi? Światła. A to – z fotograficznego punktu widzenia – było do dupy. Strasznie mocne, soczyste kolory, w cholerę dymu i pół biedy, kiedy jednocześnie świecił więcej, niż jeden kolor. Grzesiek, kolega po fachu, który też tam był, w pewnym momencie podszedł i powiedział: „beznadziejne światło, za dużo czerwonego”. Fakt faktem: sama czerwień. Po chwili jednak parsknąłem śmiechem, bo tę 100% czerwień (zdjęcie 17) zastąpił 100% niebieski (zdjęcie 18) :)
Jeszcze słówko o wydarzeniu i przejdziemy od galerii. „Mokaferia Love” jest koncertem, który od czterech lat organizuje dębickie Vocal Studio (KLIK) z okazji „walentynek”. Klimatowe dekoracje i miłosny repertuar śpiewany przez uczniów VS mają umilić walentynkowy wieczór wszystkim tym, którzy postanowią wybrać się na ten koncert. Vocal Studio założyła i prowadzi moja kuzynka: Katarzyna Godzisz-Antonik. Jest ona jednym z niewielu certyfikowanych instruktorów metody Speech Level Singing (KLIK) w Polsce. Najlepszym dowodem potęgi SLS są ci, którzy z tej metody korzystali i korzystają (na czele z największymi gwiazdami światowego formatu). Tyle teorii, czas na zdjęcia.
Dębickie „światełko do nieba”, czyli Draconica podczas XIX Finału WOŚP
10 stycznia 2011 | Kategoria: Zdjęciowo | Komentarzy: 10
Inne miasta mają sztuczne ognie, a Dębica ma Draconicę – grupę tancerzy ognia :) Kilkanaście miesięcy temu miałem przyjemność fotografować ich pokaz podczas imprezy urodzinowej jednego z dębickich centrów handlowych (KLIK). Pokaz (na parkingu) zrobił na mnie kolosalne wrażenie; choć oglądałem go przez wizjer i zmuszony byłem myśleć o ekspozycji zdjęć, to i tak udzieliła mi się magia tego spektaklu.
Przed rokiem nie dałem rady zjawić się na pokazie Draconiki, ale postanowiłem sobie, że w 2011 nie odpuszczę. „Światełko do nieba” aka występ dębickich tancerzy ognia zaplanowano na godzinę 20:00 przed muszlą koncertową na Rynku. Na miejscu zjawiłem się około 19:15, coby zdążyć się nieco zaaklimatyzować. Spotkałem kuzynkę, której uczniowie właśnie kończyli śpiewać (kuzynka prowadzi szkołę śpiewu).
Tradycyjnie też pojawiła się dyrektor MOK-u, której tradycyjnie zrobiłem zdjęcie w towarzystwie córki. Również innej tradycji stało się zadość; mianowicie znowu poproszono mnie o zdjęcie do „Obserwatora”, biorąc moją skromną osobę za fotoreportera najpopularniejszego tygodnika lokalnego :) W sumie kilkanaście zdjęć zrobiłem w ramach rozgrzewki sprzętu i siebie samego, z czego połowa, to znajomi i zdjęcia na prywatny użytek.
Na bazie doświadczeń z poprzedniego występu „Draconiki” przygotowałem sobie pewną koncepcję na ten wieczór. Miało być trudniej, lepiej, z poprzeczką ustawioną dużo wyżej. Parametry ekspozycji miały być dobrane tak, abym nie musiał później niczego korygować. Miały być dłuższe czasy, miały być błyski na obydwie kurtyny, miał być najazd z błyskiem na wielkie logo „Draconica”. Miało być, ale… czy było?
Odpowiedź brzmi: dwóch srok za ogony jednocześnie złapać się nie da. Albo rybki, albo akwarium, bo technicznie swoich pomysłów w tym przypadku nie przeskoczę :)
Zwyczajem grupy „Draconica”, cały pokaz miał swoje przesłanie. Tym razem było to przedstawienie o telewidzu wgapionym w ekran, z którego płyną rozmaite obrazy serwowane przez różne stacje telewizyjne. Pomysł fajny, tło dźwiękowe trafione, ale całość nie porwała mnie tak, jak pod „Rajem”. Ale gęba mi się uśmiechnęła, kiedy po rynku rozległ się poirytowany głos Kamila Durczoka ;)
„Zaraź się koszykówką” – Dębica, 29 sierpnia 2010 – fotorelacja
1 września 2010 | Kategoria: Zdjęciowo | Komentarzy: 12
Uff, się działo! Działo się, a ja nawet w ramach chwalenia się nie pisnąłem tu ni słówka, iż trafiłem do zacnego grona partnerów imprezy co się „Pierwsze Mistrzostwa Dębicy w koszykówce ulicznej amatorów” zowie. Imprezie przyświecało hasło „Zaraź się koszykówką”. TUTAJ plakat w pełnej krasie, logo Wsubiektywie.pl na dole w sekcji „Partnerzy” :)
W niedzielę, 29 sierpnia, w Ogródku Jordanowskim na „Orliku” rozpoczęło się wszystko. Niemal do ostatniej chwili nie było pewne, czy zagrają tam, gdzie zaczęli grać, czy może jednak – z obawy przed deszczem – w hali pobliskiej Szkoły Podstawowej nr 5. Napisałem „tam gdzie zaczęli grać”, bo faktycznie zarażać koszykówką zaczęli w „Jordanie”, a w trakcie obiadku (przyjechała pizza z koleżankami!) popadało bardzo solidnie. Była godzina 14 z hakiem, postanowiono więc przenieść się z graniem do wspomnianej szkoły, bo kolejna ulewa mogła nadejść lada chwila.
O 15 zamierzałem się zbyć do domu, ale wyszło tak, że zrobiłem to pół godziny wcześniej. Nie opłacało mi się na dosłownie kilka minut wbijać do szkoły… W domu padłem na wyro poddając się chorobie. Szczęście w nieszczęściu, bo okazało się, że to tylko przeziębienie, które udało mi się pokonać w ciągu niespełna dwóch dób. Jeszcze trochę osłabiony się czuję, ale wolę tak i mieć perspektywy na szybką poprawę, niż umierać na katar i dreszcze.
Zdjęć przyniosłem około 300, 50 z nich skasowałem jeszcze z poziomu aparatu, z kompa wywaliłem tylko 5 i 245 sztuk powędrowało do organizatorów. Z tej puli w tym wpisie prezentuję połowę – nie zobaczycie zdjęć składających się na serie (rzuty do kosza w kilku klatkach itp) oraz takich bardziej zakulisowych kadrów. Fotografów było kilku – i dobrze, bo jeden by nie wyrobił, a trzech to większa szansa, że uchwycone zostanie to, co powinno.
Trochę żałuję, że nie byłem do końca, bo prawdziwe atrakcje zaczęły się już po moim spasowaniu. Byli Street Zone, tancerze ognia, pokazy tańca hip-hop, trików koszykarskich (z Mieszkiem Włodarczykiem w roli głównej), koncert rapowy i nie pamiętam jeszcze co, albo po prostu wymieniłem już wszystko. Właściwie grupa Street Zone swój pokaz miała rozpocząć za kilka(naście) minut licząc od chwili ogłoszenia przenosin imprezy z „Orlika” do szkoły. Ehh, pech to pech. Tym bardziej, że to druga impreza, na której byłem w roli fotografa i na której nie udało mi się zrobić Street Zone. Jakieś fatum, kurde :) Do trzech razy sztuka, więc może za trzecim razem uda mi się strzelić im zdjęcia najlepiej, jak potrafię.
Tymczasem zapraszam do galerii zdjęć z jordanowskiej części streetballowego meetingu „Zaraź się koszykówką”.

