Średni format to nie magia. 6×6 to matematyka.

Jak to dobrze, że wczoraj nie musiałem się żenić. Miałem tak skopany dzień, że pewnie przed ołtarzem, zamiast słów przysięgi małżeńskiej złożyłbym wniosek o przeniesienie uroczystości na późniejszy termin. Wątpliwości były w sprawie każdej; kryzys porównywalny do tego po odkryciu prawdy o św. Mikołaju.

Ciągnie mnie do kwadratowej klatki jak nie wiem co i nie kryję się z tym. Ostatnio z Mirkiem, fotografując koszykówkę, wzdychaliśmy sobie za tą głębią, klimatem, plastyką zdjęć średniego formatu… Jest do czego wzdychać: 6×6=obraz, który aż zaprasza, by do niego wejść; przecież w jego głębi znajdzie się miejsce dla każdego. Pierwszy plan niemal wyłazi ze zdjęcia, można go palcem przesunąć albo zahaczyć, złapać i wyjąć.

Były bajki, były filmy, były również książki, w których istniały zaczarowane obrazy pozwalające wejść do siebie i zagościć w świecie za ich pomocą przedstawionym. Opis owych zaczarowanych malowideł niemal pokrywa się z tym, co napisałem o zdjęciach zrobionych aparatem średnioformatowym. Pisałem bowiem jak o czymś niezwykłym, wspaniałym, magicznym, o czym marzę i czego chcę. Bo chcę i będę miał, wiem nawet mniej więcej kiedy przyjdzie na to czas.

Jednak wczorajszy dzień sprawił, że opadła cała ta mgła niezwykłości spowijająca świat Startów, Kievów, Lubiteli, Mamiyi, Yashiki i innych. Po raz pierwszy spojrzałem na średni format chłodnym okiem, bez całej tej podnietki powodowanej zachwytem nad plastyką kwadratowego obrazu. Zamiast bajkowej magii dostrzegłem bezwzględną matematykę.

To nie czary; to tylko iluzja. Koszty spowodowały, że średni format gościł głównie w marzeniach, a marzenia dotyczyły i dotyczą tego, co wynika z prostej matematyki. Ta cała osławiona plastyka jest zasługą wartości liczbowych i ich wzajemnego na siebie wpływu:

– im dłuższa ogniskowa i mniejsza przysłona, tym płytsza głębia ostrości

– im większa powierzchnia klatki, tym szerszy kąt na tej samej ogniskowej

– im szerszy kąt, tym większa głębia, czyli odległości między planami

Czytaj całość…

Zboczenia zawodowe – moje i Wasze

zboczenia zawodowe fotografów

Podczas widowiska tanecznego „Adept i mistrz” moją uwagę przykuł facet z analogiem

Nie od dziś wiadomo, że niektórzy mają skłonność do postrzegania świata przez pryzmat swojej pracy lub pasji. Ja mam to szczęście, że moje pasje są moją pracą; żyję nimi każdego dnia, nawet wtedy, gdy zajęty jestem czymś zupełnie innym. Często łapię się na tym, że najzwyklejsze, najbardziej błahe i prozaiczne elementy codzienności potrafię przetwarzać przez pryzmat fotografii lub komputera.

Bardzo często – no dobra: chyba za każdym razem – oglądając relacje z jakiś medialnych wydarzeń łapię się na tym, że moją uwagę od tematu relacji odciągają reporterzy widoczni gdzieś na obrzeżach obrazu z kamery. Transmisje z meczów piłkarskich czy walk bokserskich zdecydowanie przegrywają bój o moje zainteresowanie z aparatami i przymocowanymi doń ludźmi. Muszę się przyjrzeć sprzętowi, rozpoznać jego model, a jeśli jest szansa, to i przyjrzeć się dokładnie pracy człowieka działającego obserwowanym sprzętem. Często przez to przegapiam piękne akcje, bramki czy knock downy i pozostają mi powtórki – najlepiej z kilkudziesięciosekundowym wyprzedzeniem kluczowego momentu, żeby zdążył załapać, co się działo, kiedy ja gapiłem się na sprzęt foto.

Zdarza się też, że gdy ktoś pokazuje mi jakiś obiekt, ja zamiast skupić na nim swoją uwagę zastanawiam się nad lepszą perspektywą i jak bym skadrował to, co widzę. Nieraz też roztrząsam, czy daną scenkę lub obiekt udałoby się zmieścić w wybranym wcześniej obiektywie. Powinienem też załatwić sobie monokl z kołowym filtrem polaryzacyjnym, bo przecież niebo z białymi chmurkami jest głównie po to, aby pięknie wyglądało widziane przez CPL.

Czytaj całość…

SanDisk WORM – karta pamięci jednokrotnego zapisu. Dla tęskniących za kliszą :)

SanDisk WORM 1gb

SanDisk WORM 1gb

Jestem z tych, którzy z nostalgią wracają do wspomnień fotografii analogowej; odpowiedzialności towarzyszącej każdemu naciśnięciu spustu migawki i niepewności ustępującej dopiero w momencie zobaczenia odbitek…

Fotografia cyfrowa jest niewymagająca: praktycznie bez ponoszenia żadnych kosztów można pstryknąć tysiąc zdjęć, nad żadnym z nich specjalnie się nie zastanawiając: co wyjdzie, to wyjdzie, a jak coś wyjdzie trochę, to się w fotoszopie poprawi i będzie.

Moją pierwszą lustrzanką był Zenit TTL z Heliosem 44-2. Aparat ten dostałem od ojca, który nie miał już czasu na fotografię, a nie chciał, by aparat leżał bezczynnie. Szkoda, że tatu nie był konsekwentny w tym zaszczepianiu we mnie fotografii i razem z aparatem nie podarował mi reszty swojego fotodobytku, tj. kompletnej ciemni. Tę przekazał SAF (Szkolnej Agencji Fotograficznej) – pamiętam, jak te wszystkie klamoty wywozili na małej przyczepce…

Dziś sobie życie utrudniam, starając się fotografować na tyle manualnie, na ile sytuacja pozwala. Są sytuacje, gdzie głupotą byłoby nie skorzystanie z priorytetu przysłony lub migawki, ale największą frajdę sprawia mi ręczny dobór ustawień. Czasem odbywa się to kosztem samego zdjęcia gdy w kadrze coś się zmieni in minus, niemniej staram się mieć jak najwięcej do powiedzenia przy każdym wykonywanym zdjęciu.

Cyfrowe aparaty dysponują trybami manualnymi, ale ustępują tym prawdziwym analogom. Kwestia ergonomii to jedno, ale sposób prezentacji wskazań światłomierza… jak bum cum nic nie przebije wychyłowego wskaźnika w wizjerze Zenita TTL! Ani wskazówka na korpusie starszych modeli Zenita, ani diody w nowszych wersjach. Ta wskazówka TTL-ki rządziła!

Czytaj całość…

Fotografia cyfrowa, to morze możliwości. Można w nim utonąć.

Bałtyk

Bałtyk

Można zdać się na gotowych przewoźników lub zaopatrzyć się w łódkę z autopilotem. Autopilot zapewni bezpieczny rejs nawet tym najmniej doświadczonym, nie umiejącym pływać, nie znających się na nawigacji i nie potrafiącymi podejmować żadnych decyzji. Wielu zadowoli taki szablonowy, spokojny rejs, ale nie wszystkich.

Są też tacy, którzy za wszelką cenę chcą się wyrwać z grupy pasażerów autopilota i na własną rękę kupują bardziej manualny stateczek, by opanować go na tyle, aby być zdolnym do samodzielnej żeglugi. Wypracowany i sprawdzony schemat pozwala na pływanie bez autopilota, jednocześnie budząc koktajl podziwu i zazdrości u niesamodzielnych amatorów bujania się wśród fal.

Są i tacy, którzy tę samą drogę starają się za każdym razem pokonać w inny sposób. Tacy zrobią wszystko, aby nie powielić czynności, która już miała miejsce. Takim zdarza się upaść, poobijać, zachłysnąć słoną wodą, zatopić statek, a przynajmniej część tego, co się na nim znajduje. Tacy kamikaze stanowią największą grupę ryzyka zachorowania na depresję. Takim jest najtrudniej, bo ci zamiast opracowywać styl i go doskonalić, cały czas krążą wokół tej samej wyspy, każde kolejne okrążenie urozmaicając tak, aby się nie powtórzyć.

Ci trzeci mają nad pierwszymi i drugimi tę przewagę, że w każdej chwili mogą – pod warunkiem, że zechcą – skutecznie zmienić przynależności do grupy. Mogą odpocząć na autopilocie, mogą rozkoszować się samodzielnym sterowaniem i pewnością, z jaką to robią. Mogą wiele i mają najłatwiej.

Czytaj całość…

Po urlopie w Gdańsku. Chyba chciałbym tam wrócić.

Gdańsk

Gdańsk

Czytaj cały wpis na fotoblogu…