Szkoda migawki na zepsute zdjęcia

Pan młody za Warszawą

wesele w subiektywie

Ten, no… Mam kilka pomysłów na rozpoczęcie tego wpisu i trudno mi się zdecydować. „Od przybytku głowa nie boli”, jako jedno z polskich porzekadeł rzecze, jednak w przypadku opisanym w poprzednim zdaniu jest zgoła odwrotnie. I nie tylko nadmiar pomysłów na wstęp jest szkodliwy, bowiem nadmiar zdjęć, które ostatecznie i tak w koszu wylądują, również działa negatywnie.

Przed erą fotografii cyfrowej rządziły aparaty małoobrazkowe. Profesjonaliści i pasjonaci działali lustrzankami, przy czym w przypadku amatorów (zaawansowanych zwykle), o zakupie tego typu aparatu nie decydowała lepsza jakość zdjęć, jak to ma miejsce w świecie fotografii cyfrowej, ale możliwość kreatywnego fotografowania i stosowania różnych typów obiektywów. Jeśli ktoś nie potrzebował odbitek w formacie plakatu, to różnicy między zdjęciem zrobionym lustrzanką a fotką pstrykniętą kompaktem nie zauważał.

W dobie fotografii cyfrowej lustrzanka stała się synonimem jakości i lansu. Ceny między dobrą małpką a prostym w obsłudze lustrem są niewielkie, za to w kwestii jakości można mówić o przepaści. Kupują więc ambitni coraz to tańsze lustrzanki z trybami dla zielonych, detekcją mordek w kadrze i innymi ficzerami i pstrykusiają tysiące fotek, z których wszystkie są super, ale dziwnym trafem tych tysięcy zdjęć nikt po paru miesiącach czy latach nie ogląda. Z resztą z tych fotek niewiele w ogóle ostanie się na dysku czy innym nośniku danych, ponieważ zostaną one skasowane bo „nie wyszły”.

Nie wnoszę o wymaganie w sklepach pozwoleń popartych dyplomami ukończenia kursów fotograficznych od chętnego wejścia w posiadanie aparatu zwanego lustrzanką, bo nie za moje pieniądze i nie dla moich zdjęć to. Chcę natomiast zasugerować coś, co po opanowaniu i stosowaniu w praktyce okaże się być błogosławieństwem.

Po co pstrykać tysiące zdjęć, z których kilka do czegoś może się nada? Po co zapychać dyski gigabajtami bezmyślnych pstryków, skoro wystarczy odrobina samodyscypliny, by wirtualne kolekcje zdjęć zaczęły przypominać tradycyjny album ze zdjęciami 9×13, 10×15 czy tam nawet 13×18?

Świadkowa

wesele w subiektywie

Wystarczy przed naciśnięciem spustu migawki dwa razy pomyśleć, czy zdjęcie, które właśnie z byle powodu zamierzam pstryknąć, będzie do czegoś przydatne później. Karta pamięci, którą w każdej chwili można opróżnić (no, chyba że to WORM SanDiska) nie ogranicza, jak rolka filmu o długości 24 czy nawet 36 klatek.

Klisza kosztowała, wywołanie kosztowało, odbitki kosztowały, więc ludzie za aparatem zastanawiali się dobrze nad sensownością zrobienia „pstryk”. I dlatego tak niewiele zdjęć lądowało w koszu, a tak wiele trafiało do albumów, po które do dziś z przyjemnością się sięga. Strach liczyć zdjęcia usunięte z karty/dysku!

Każde kolejne pstryknięcie zbliża migawkę do nieuchronnej śmierci. Nie wszyscy to wiedzą, że ich aparaty mają określoną żywotność. Szczęście, jeśli uda się „załatwić” migawkę jeszcze w okresie gwarancyjnym – wtedy można liczyć na bezpłatny serwis producenta. Gorzej, jak bezmyślnie waląc zdjęcia – często niepotrzebnie całymi szybkimi seriami – migawki nie uda się wykończyć przed wygaśnięciem gwarancji. Analogi w rękach amatorów tego problemu nie miały, bo komu by się chciało robić kilka tysięcy rolek filmu, albo kogo byłoby na to stać? Dziś zrobienie tysięcy zdjęć niemalże nic nie kosztuje.

A gdyby tak zastanawiać się dobrze nad każdym zdjęciem… no co by wtedy było? Ano byłyby same dobre ujęcia. Nie da się robić samych super, bo każda seria – bez względu na jej poziom – będzie miała jeden lub dwa kadry zdecydowanie wybijające się ponad resztę. Niemniej takie przemyślane prace nie wylądują w koszu, a będzie ich mniej, niż głupich pstryków. Nie ilość, a jakość.

Czytaj całość…

Po urlopie w Gdańsku. Chyba chciałbym tam wrócić.

Gdańsk

Gdańsk

Czytaj cały wpis na fotoblogu…

Spotkałem dziś idola swego

Na tle schodów, od których się zaczęło

Na tle schodów, od których się zaczęło

Od niedzieli szwendał mi się po głowie pomysł napisania o deszczowej aurze i o tym, jak mocnego kopa twórczego mi ona daje. W obliczu załamania pogody miał to być taki okolicznościowy wpis.

Swoje teksty zwykłem ilustrować swoimi zdjęciami. Wziąłem się więc i ubrałem, sprzęt sprawdziłem i z torbą na ramieniu opuściłem suchutkie mieszkanie, by gdzieś w terenie znaleźć sobie fajny punkt obserwacyjny i zainstalować się w nim.

Trzy warunki miejscówka spełniać musiała: miało nie brakować ludzi przechadzających się z parasolami w deszczu, musiałem mieć na to dobry widok i musiał być nade mną jakiś dach (lub kawałek czegoś, co mnie i aparat ochroni przed deszczem).

Długo się nie zastanawiałem, bo i nie było nad czym: jedynym sensownym pomysłem było pójście pod „blaszak”. Plan był prosty: 2-3 deszczowe zdjęcia na potrzeby wpisu i do domu. Stanowisko znalazłem, zakotwiczyłem i celując w schody zacząłem szukać optymalnych ustawień… Czasem wydaje mi się to głupie, bo i tak zapisuję zdjęcia w RAW-ach, z którymi w domu można cuda wyprawiać. A jednak wolę od razu.

Celowałem w te schody i już prawie do wizjera wlazłem, kiedy zagadnął mnie przechodzący obok pan (nie znam imienia, więc umownie niech będzie to Pan P – „p” jak przechodzień). Zapytał, co takiego ciekawego w tych schodach widzę, na co odparłem, że z mojej perspektywy (kucałem) fajnie linie poręczy się przecinają :) Tak zawiązała się gadka o nieciekawości architektonicznej socjalistycznego dzieła, jakim jest blaszak, o zmieniających się technologiach budowlanych, eternitach, azbestach i blachach. Od zdania do zdania trafiliśmy w końcu w punkt G naszych zainteresowań: fotografii na serio.

Mój rozmówca okazał się być w czasach swojej młodości zapalonym amatorem fotografii: przerobił lustrzanki małoobrazkowe, przerobił też średnioformatowe, przerobił również dalmierze, a sprzęt do ww. posiada do dzisiaj. Niech mnie drzwi ścisną, jeśli nie czułem narastającego podniecenia! Przecież od dawna marzyłem o tym, by spotkać kogoś, z kim mógłbym porozmawiać o prawdziwej fotografii. I oto dzisiaj, w ten cholernie deszczowy dzień, ten ktoś spotkał mnie!

Pan P w trakcie rozmowy nie krył swojego lekceważenia dla dzisiejszej fotografii, której przedstawicielem – jak by nie było – jestem ja. Swoimi słowami i tonem, jakim je wypowiadał dał wyraz temu, że dzisiaj wszyscy tylko bawią się w fotografię, nie czując prawdziwego jej smaku i ciężaru, a większość dzisiejszych fachowców miałaby spore problemy, gdyby pozbawić ich automatyki (ostrości, pomiary ekspozycji). Nie mówił tego wprost, ale głuchy na ten przekaz między wersami byłby najwyżej dyktafon. Miałem ochotę wypalić „prawda to, ale ja się staram!”, lecz taką reakcją bym się tylko wygłupił. Pokornie więc słuchałem kolejnych słów-ciosów mierzonych w dzisiejszą, masową, sztuczną metodykę utrwalania obrazu.

Czytaj całość…