Jaką czułość (w ISO) ma ludzkie oko?

Temat czułości ludzkiego oka bardzo często powraca w moich zboczonych zawodowo rozkminach – tu odsyłam do wpisu „Zboczenia zawodowe – moje i Wasze”.

Często, przebywając w zróżnicowanych warunkach oświetleniowych, poruszam w myślach temat czułości ludzkiego oka. Nie znam zbyt wielu osób, z którymi mógłbym o tym pogadać, a z kolei zdolnych podjąć ten temat nigdy nie ma w pobliżu, gdy ten do mojej głowy powraca.

To, że oko ludzkie jest doskonałym instrumentem optycznym, nie trzeba nikomu mówić. Więc powtórzmy: oko ludzkie jest doskonałym instrumentem optycznym. Skoro my, dorośli, tak lubimy mierzyć i zawierać świat w liczbach, czemu do tej pory nie określiliśmy czułości ludzkiego oka i nie wyraziliśmy jej via wartość ISO?

Rozpiętość tonalną ludzkiego oka już określono i wynosi ona ~12-14 EV. Na ile zatem określić można czułość? W pojedynkę tego nie zgadnę. Panel dyskusyjny można by w tym temacie zwoływać, lecz i tak jednoznacznej odpowiedzi nie uzyskano by. Można stworzyć nawet kilka teorii, ale każda z nich będzie równie prawdopodobna, co pozostałe.

Aby w miarę dokładnie określić czułość oka, wcześniej należałoby wyliczyć łączną ilość działek przysłony: źrenicy i wspomagających ją w krytycznych momentach powiek. Podejrzewać można, że oko pracuje ze stałą, bardzo wysoką czułością, której tak strasznie jestem ciekaw. Przyjmując więc, że wartość ISO ludzkiego oka jest stała, należałoby policzyć zakres przysłony…

Analogicznie:

Powieki zostawię w spokoju, bo pełnią one rolę pomocniczą dla źrenicy – części oka, o które tutaj chodzi. Niechaj będzie, że powieki są takim filtrem ND, którego używamy, gdy nawet przy maksymalnie przymkniętej przysłonie wciąż zbyt dużo światła wpada do środka.

Nie wiem, na jakiej podstawie, ale przyjmuję, że źrenica musi wypełniać zakres szerokości tonalnej oka, czyli 12-14 EV. Jeśli, powiedzmy, zaczniemy źrenicę-przysłonę liczyć od f/1, to na drugim końcu uzyskamy od f/45 do f/90.

Czytaj całość…

Aby siekierka była mądrzejsza od drwala

Nocna zabawa w trzy zdjęcia

Nocna zabawa w trzy zdjęcia

Pewnej nocy głód fotograficzny dał o sobie znać ze zdwojoną siłą. Czasem tak mam, że przychodzi pragnienie popatrzenia na świat przez wizjer i podzielenia się swoimi obserwacjami z matrycą. Bywa, że mam siły, by przeciwstawić się tej mocy, która wpycha mi aparat w dłoń, ale owej nocy okazałem się być zbyt słaby.

Wszystko zaczęło się w łóżku. Próbując zasnąć żonglowałem sobie w głowie rozmaitymi myślami. Wiem, że w takich sytuacjach należy zachowywać ostrożność, by nieopatrznie nie pochwycić tematu, który w jednej chwili spędzi sen z powiek. Ostrożności jednak nie zachowałem i… efekt domino: ta jedna, niebezpieczna myśl rozbudziła nie tylko mnie, ale i tę moc, o której napisałem w akapicie pierwszym. Na domiar złego ocena sytuacji „no to pospane” jedynie pogorszyła sprawę.

Zapaliłem światło i po pobieżnych oględzinach sprzętu wziąłem aparat w dłoń i z dodatkowym obiektywem w kieszeni opuściłem mieszkanie. Żadnego pomysłu, żadnej konkretnej opcji; po prostu musiałem zrobić kilka zdjęć, by odzyskać spokój. Przypomniałem sobie o wymyślonej przez siebie zabawie w trzy zdjęcia… (link dla zainteresowanych). Oto i świetna okazja, by zabawić się w to.

Spacerując w poszukiwaniu ciekawego tematu do zdjęć wspominałem sobie czasy, kiedy w ciemną noc bez statywu nie śmiałbym się zapuszczać. Dlaczego więc tej nocy nie zabrałem ze sobą nic poza dodatkowym obiektywem i kluczami do mieszkania? Coś ważnego musiałem kiedyś przeoczyć, a tym ważnym czymś było zdobycie przekonania, że mój aparat, pozbawiony statywu, da radę w nocy. Ale skąd ta pewność? Zimą łaziłem po mieście strzelając zimowe zdjęcia z ręki, ale wtedy dookoła zalegał śnieg. Odbijał on światło i robił dobrze światłomierzowi, jednak wczesną jesienią śniegu brak…

Przechodząc przez jezdnię zauważyłem światła samochodu jadącego w moim kierunku. Wlazłem na trawnik, szybko ustawiłem czas migawki na 1s (z dłuższym czasem bym sobie nie poradził kucając) i czekałem, aż nadjedzie samochód.

Zdjęcie, niestety, minimalnie poruszone wyszło, ale w zamian za to dostałem smugę światła o długości doskonale pasującej do obranego kadru :) Zadowolony ze zdjęcia kontynuowałem spacer, a razem z nim refleksje na temat sprzętu.

Liczba nocnych tematów jest duża, a jej potęgą są umiejętności i spostrzegawczość fotografa. Potęgą tej potęgi jest kreatywność. Czysta matematyka!

Czytaj całość…

Dzień prawdy skorumpowany przeciwko mnie

To zdjęcie poprawiło mi humor

To zdjęcie poprawiło mi humor

Taka jedna koleżanka moja prosiła mnie o zrobienie zdjęć ciekawych miejsc gminy Dębica, bo potrzebuje ich do swojej pracy magisterskiej. Ja, łasy na wszelkie okazje do fotografowania, rzecz jasna, zgodziłem się :) Tournee po gminie postanowiłem zacząć od Góry Śmierci (LINK dla tych, co nie słyszeli), bo i dla siebie chciałem to miejsce zrobić.

To jednak nie był mój dzień do robienia zdjęć. Wszystko szło mi do bólu na opak; 180 stopni inaczej, niż ja chciałem – z dokładnością do jednego stopnia. Ba, do jednej minuty! Cholerny, przeklęty, upierdiliwy dzień! Momentami aż śmiać mi się z mojej nieporadności chciało.

Albo była to wyjątkowo antyfotograficzna niedziela, albo ja zwariowałem, albo ktoś mi jakiegoś wirusa zapuścił do aparatu. Jak od niechcenia potrafię za pierwszym razem ustawić wszystko jak należy, tak wczoraj po omacku błądziłem niczym ślepy w labiryncie. Głupiego zdjęcia naświetlić nie potrafiłem, jak należy. A jak już z ekspozycją trafiłem, to znowu poziomica miała okazję nawrzucać mi od siebie.

Dobrze, że mam raw-y, to przynajmniej niektóre zdjęcia uda się odratować. Ale nie rozumiem tego: jak z dnia na dzień można stać się taką ofermą! Żeby odbijać się od -2,7EV do +1,3EV przy pomiarze matrycowym lub z priorytetem środka kadru i nie móc trafić… Gubiłem się w tych ustawieniach niesamowicie, a zimna krew, która pomogłaby mi opanować narastającą irytację, gdzieś się zapodziała. Jak totalny lamer, jak skończony, ultrazielony pstrykuś-fotuś nie potrafiłem żadnego ujęcia zrobić raz, a porządnie. Pomóc by mi mógł chyba najwyżej program tematyczny „góra śmierci w słoneczne, wrześniowe popołudnie”, włączone „wykrywanie obiektów strategicznych potrzebnych Justynie do pracy magisterskiej” z jednoczesną redukcją wpływu osoby trzymającej aparat.

Masakra… Chyba wezmę i jeszcze raz tam pojadę w tygodniu, bo na niektóre zdjęcia nie mam nawet sił patrzyć, a co dopiero dawać je komuś. Koleżeńska przysługa, więc przeszłaby jakakolwiek miernota, ale… no nie mogę! Nawet CPL nie działał tak, jak powinien. Co za dzień… wszystko na przekór, jakby jakaś wroga siła zapłaciła tej niedzieli za te wszystkie upierdliwości wyrządzone mojej skromnej, zagubionej osobie. Dupa. Po trzykroć: dupa!

Czytaj całość…

Zboczenia zawodowe – moje i Wasze

zboczenia zawodowe fotografów

Podczas widowiska tanecznego „Adept i mistrz” moją uwagę przykuł facet z analogiem

Nie od dziś wiadomo, że niektórzy mają skłonność do postrzegania świata przez pryzmat swojej pracy lub pasji. Ja mam to szczęście, że moje pasje są moją pracą; żyję nimi każdego dnia, nawet wtedy, gdy zajęty jestem czymś zupełnie innym. Często łapię się na tym, że najzwyklejsze, najbardziej błahe i prozaiczne elementy codzienności potrafię przetwarzać przez pryzmat fotografii lub komputera.

Bardzo często – no dobra: chyba za każdym razem – oglądając relacje z jakiś medialnych wydarzeń łapię się na tym, że moją uwagę od tematu relacji odciągają reporterzy widoczni gdzieś na obrzeżach obrazu z kamery. Transmisje z meczów piłkarskich czy walk bokserskich zdecydowanie przegrywają bój o moje zainteresowanie z aparatami i przymocowanymi doń ludźmi. Muszę się przyjrzeć sprzętowi, rozpoznać jego model, a jeśli jest szansa, to i przyjrzeć się dokładnie pracy człowieka działającego obserwowanym sprzętem. Często przez to przegapiam piękne akcje, bramki czy knock downy i pozostają mi powtórki – najlepiej z kilkudziesięciosekundowym wyprzedzeniem kluczowego momentu, żeby zdążył załapać, co się działo, kiedy ja gapiłem się na sprzęt foto.

Zdarza się też, że gdy ktoś pokazuje mi jakiś obiekt, ja zamiast skupić na nim swoją uwagę zastanawiam się nad lepszą perspektywą i jak bym skadrował to, co widzę. Nieraz też roztrząsam, czy daną scenkę lub obiekt udałoby się zmieścić w wybranym wcześniej obiektywie. Powinienem też załatwić sobie monokl z kołowym filtrem polaryzacyjnym, bo przecież niebo z białymi chmurkami jest głównie po to, aby pięknie wyglądało widziane przez CPL.

Czytaj całość…