Witold Królikowski w akcji
8 maja 2012 | Kategoria: Praktyka | Komentarzy: 12
Tym razem zaserwuję Wam wpis okraszony zdjęciami, będący krótkim materiałem z pleneru ślubnego, na który wprosiłem się na krzywy ryj, w buciorach i na domiar wszystkiego zabrałem ze sobą kolegę :)
Mózgiem sesji i pierwszymi skrzypcami był Witold Królikowski (www.witoldkrolikowski.pl) – pochodzący z Pustkowa Osiedla, a mieszkający we Wrocławiu fotograf, którego warsztat od dawna miałem ochotę podejrzeć. Dla tych z Was, którzy cenią wyróżnienia dodam, że należy on do AG|WPJA (Artistic Guild of the Wedding Photojournalist Association) – międzynarodowej organizacji zrzeszającej najlepszych fotografów ślubnych.
Niedawno nadarzyła się okazja na małą wymianę uprzejmości związanych z naszą działalnością fotograficzną. On: zawodowy fotograf ślubny, a ja: zapalony fotoamator i bloger. I tak na naszym spotkaniu w plenerze zyskali wszyscy i właśnie to jest w tym wszystkim najpiękniejsze! Witek zarobił wpis – jak by nie patrzyć – reklamujący go. Ja podglądnąłem to, co chciałem i od razu jest mi z tym lepiej. Kolega mój zadał mnóstwo pytań i na każde z nich dostał odpowiedź. A młoda para? Młoda para ma zdjęcia nie od jednego, ale od trzech fotografów. Czyż nie wspaniale jest być dla siebie miłym? :)

Witold Królikowski
Konrad
26 sierpnia 2011 | Kategoria: Zdjęciowo | Komentarzy: 6
Właściwie nie umiem robić zdjęć dzieciom. Nie mam własnych by na nich ćwiczyć, ani też nie przebywam na co dzień z nimi, by mieć okazję trenować.
Właściwie daleko mi do Kingi vel. Głosu z Damskiej Szatni, która znakomicie fotografuje maluchy – w tym miejscu zapraszam na jej stronę – KLIK.
Właściwie nie wiedziałem, jak lepiej zacząć ten wpis. Po prostu zrobiłem garść zdjęć synkowi Patrycji, z którą umówiłem się na mały, ciążowy plener. Nikt, poza mamusią, jeszcze nie wie, czy za cztery miesiące Konrad będzie miał siostrę czy brata. ;)

Konrad w basenie
Zanim wybiorę i wrzucę kilka zdjęć Patrycji, zobaczcie Konrada. Możecie zrzędzić i wybrzydzać – nie mam ciśnienia na tę dziedzinę, więc na pewno ciął się nie będę, jeśli zmieszacie mnie choćby z wodą z konradowego basenu. :) Kadry oryginalne, bo nie lubię wycinanek.
Muffin – sesja zdjęciowa #0,5
26 czerwca 2011 | Kategoria: Zdjęciowo | Komentarzy: 5
Pamiętacie zespół Muffin, którego koncert fotografowałem przed trzema tygodniami (klik)? Owego dnia, przed koncertem, zamierzaliśmy popełnić małą sesję zdjęciową, ale z racji sporych obsuw w programie imprez i wynikającego z tego braku czasu przełożyliśmy sobie plener na inny termin.
Tym innym terminem stał się wtorek 21 czerwca. Członkowie zespołu mieli się pozjeżdżać ze swoich miast (Rzeszów, Tarnobrzeg, Sandomierz i Dębica – miejsce spotkania) i radosną grupką, z rekwizytem wymagającym samochodu z dużą paką, mieliśmy wyruszyć w plener.
Z ambitnego planu wyszła lipa: załatwiony samochód z paką nie sprostał zadaniu, a na bagażowe TAXI nie udało się nam dodzwonić. Zbliżało się południe, słońce raz po raz wyłaziło zza chmur, by na moment ponownie się z nimi skryć… normalnie ręce mi opadały na myśl o tak beznadziejnej porze na fotografowanie sześcioosobowej grupki.
Skoro genialny nasz pomysł na sesję nie wypalił, pozostało nam zaimprowizować coś na szybko. Niektórzy lada godzina powinni być w drodze ku swoim miastom i czekających w nich ważnym sprawom.
Zdecydowaliśmy się pojechać na most kolejowy w Dębicy nad rzeką Wisłoką, tzw. „Żelazny most”. Obiekt tak imponujący, jak charakterystyczny niemal gwarantował „sukces” – jeśli za takowy wziąć tych kilka zdjęć, które Muffini sobie wybiorą. Te wybrane kadry dostaną jeszcze jedną szansę w RawTherapee, ale to dopiero po kolejnej sesji. I może poprawimy zdjęcie z jadącym pociągiem. Nie miałem filtra ND, a z polarem zabierającym 1EV w tym słońcu udało mi się wydłużyć czas zaledwie do 1/25s (iso100, f/22)
Cóż rzec o zdjęciach? Lekko nie było :) Wspomagałem się lampą i filtrem polaryzacyjnym, te same perspektywy robiłem z różnymi ustawieniami kołowego CPL i z różnymi ogniskowymi. Efekt dla mnie zadowalający, choć nie ukrywam, że poczułem niedosyt, gdy te zdjęcia zobaczyłem na monitorze. Parę nowych pomysłów przyszło do głowy, ale chyba ciut za późno :)
Zapraszam do obejrzenia 16 wybranych przeze mnie kadrów, wśród których znajdziecie zarówno luźne strzały, jak i zdjęcia z mostu (główna sesja), parkingu przy cmentarzu na Wielopolskiej (tzw. „panorama”, wiele tam nie zdziałaliśmy, bo na miejscu zastaliśmy nieciekawe towarzystwo i syf przez nich spowodowany) oraz w lesie w Zawadzie, gdzie chciałem zrealizować taki swój jeden patencik, który powstał jesienią ubiegłego roku, a do którego wykorzystywałem drzewa przy wjeździe do lasu, które to drzewa jakoś tak niedawno wycięto… Pozostały nam pniaki, a mi dodatkowy powód do gdybania.
Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Ta bezowocna wyprawa do lasu jest tylko pozornie bezowocną: na miejscu wypatrzyliśmy sobie miejsce, w które następnym razem przyjedziemy z naszym wielkim rekwizytem :) A teraz zdjęcia, które możecie potraktować jako taką małą zapowiedź sesji #1.
Dębickie „światełko do nieba”, czyli Draconica podczas XIX Finału WOŚP
10 stycznia 2011 | Kategoria: Zdjęciowo | Komentarzy: 10
Inne miasta mają sztuczne ognie, a Dębica ma Draconicę – grupę tancerzy ognia :) Kilkanaście miesięcy temu miałem przyjemność fotografować ich pokaz podczas imprezy urodzinowej jednego z dębickich centrów handlowych (KLIK). Pokaz (na parkingu) zrobił na mnie kolosalne wrażenie; choć oglądałem go przez wizjer i zmuszony byłem myśleć o ekspozycji zdjęć, to i tak udzieliła mi się magia tego spektaklu.
Przed rokiem nie dałem rady zjawić się na pokazie Draconiki, ale postanowiłem sobie, że w 2011 nie odpuszczę. „Światełko do nieba” aka występ dębickich tancerzy ognia zaplanowano na godzinę 20:00 przed muszlą koncertową na Rynku. Na miejscu zjawiłem się około 19:15, coby zdążyć się nieco zaaklimatyzować. Spotkałem kuzynkę, której uczniowie właśnie kończyli śpiewać (kuzynka prowadzi szkołę śpiewu).
Tradycyjnie też pojawiła się dyrektor MOK-u, której tradycyjnie zrobiłem zdjęcie w towarzystwie córki. Również innej tradycji stało się zadość; mianowicie znowu poproszono mnie o zdjęcie do „Obserwatora”, biorąc moją skromną osobę za fotoreportera najpopularniejszego tygodnika lokalnego :) W sumie kilkanaście zdjęć zrobiłem w ramach rozgrzewki sprzętu i siebie samego, z czego połowa, to znajomi i zdjęcia na prywatny użytek.
Na bazie doświadczeń z poprzedniego występu „Draconiki” przygotowałem sobie pewną koncepcję na ten wieczór. Miało być trudniej, lepiej, z poprzeczką ustawioną dużo wyżej. Parametry ekspozycji miały być dobrane tak, abym nie musiał później niczego korygować. Miały być dłuższe czasy, miały być błyski na obydwie kurtyny, miał być najazd z błyskiem na wielkie logo „Draconica”. Miało być, ale… czy było?
Odpowiedź brzmi: dwóch srok za ogony jednocześnie złapać się nie da. Albo rybki, albo akwarium, bo technicznie swoich pomysłów w tym przypadku nie przeskoczę :)
Zwyczajem grupy „Draconica”, cały pokaz miał swoje przesłanie. Tym razem było to przedstawienie o telewidzu wgapionym w ekran, z którego płyną rozmaite obrazy serwowane przez różne stacje telewizyjne. Pomysł fajny, tło dźwiękowe trafione, ale całość nie porwała mnie tak, jak pod „Rajem”. Ale gęba mi się uśmiechnęła, kiedy po rynku rozległ się poirytowany głos Kamila Durczoka ;)
Kto rano wstaje, ten robi zdjęcia we mgle
14 października 2010 | Kategoria: Myślę sobie..., Zdjęciowo | Komentarzy: 13
W środku tygodnia wzięło mnie na łażenie po mieście. Mgła jest niesamowita; niesamowite jest to, jak skutecznie potrafi wyciągnąć mnie z ciepła czterech ścian na chłód i wilgoć. Często jej ulegam, tak jak choćby wczoraj.

Takiej aurze trudno się oprzeć
Dawno nie łaziłem po mieście, a przecież tak bardzo to lubię. Trudno moje miasto nazwać fotograficznym; ludzie raczej spięci, a czasami wręcz wystraszeni. Tak jak pewien pan – dostawca wyrobów pewnego lokalnego zakładu mięsnego; gdy go mijałem, akurat wyładowywał skrzynki. Zapytałem, czy mogę mu zrobić zdjęcie z tym mięsem lub samo mięsko sfotografować. Panika! Jak słowo daje, gość wyglądał na tak bardzo wystraszonego, jak gdyby poczuł na swojej skroni zimny dotyk lufy pistoletu. „Nie! Nie!” – autentycznie facet się wystraszył. Może myślał, że jestem dziennikarzem prowadzącym jakieś śledztwo o oszukanym mięsie? Często ludzie biorą mnie za kogoś z prasy, a najgorsi są bezdomni; oni uwielbiają redaktorom wrzucać na świat, który redaktorzyny opisują, a który bezdomni mają gdzieś. Zabawnie czasem bywa, ale wybija to z rytmu.
