Winieta, czyli efekt winietowania na zdjęciach

Wikipedia rzecze:

Winietowanie – wada obrazu uzyskiwanego w urządzeniu optycznym, polegająca na niedoświetleniu brzegów kadru, spowodowana niedoskonałością optyki urządzenia, zakłóceniem brzegów toru optycznego innymi elementami urządzenia lub też wywołana nieodpowiednim oświetleniem. W niektórych przypadkach winietowanie jest celowo wprowadzanym efektem artystycznym, mającym zwrócić uwagę na środku kadru.

Ja dodaję:

Efekt najczęściej spotykany w kiczowatych zdjęciach, dodawany bez sensu, bez znajomości przyczyn jego powstawania w warunkach naturalnych, używany bezmyślnie, „bo mi się podoba”, podważający posiadanie dobrego gustu przez stosującego go obrabiacza zdjęć. Większość zdjęć z winietą otrzymała ją na etapie edycji zdjęć w programach graficznych, które efekt ten posiadają (od darmowego PhotoScape do płatnego Photoshopa – tu ciekawostka: legalne wersje softu Adobe również go posiadają).

Tyle zjadliwości, czas rozpisać, o co dokładnie mi chodzi.

Producenci obiektywów palą się ze wstydu, kiedy okazuje się, że ich obiektywy mają skłonności do winietowania. Szerokie kąty, tulipany (osłony przeciwsłoneczne) czy nawet za bardzo wystające gwinty mocowania filtrów – one wszystkie są najczęstszymi przyczynami winiety, która równomiernie zaciemnia rogi zdjęcia.

Nie, nie zamierzam walczyć z winietowaniem. Podoba mi się ten efekt, ale tylko wtedy, kiedy spełnia podstawowy warunek: nie wygląda kiczowato. A wygląda, jeśli, wygląda sztucznie. A wygląda sztucznie, jeśli:

  • – Pokrywa 60% powierzchni kadru wykonanego teleobiektywem (no, chyba, że ktoś zdjęcia robi przez dwumetrową rurę, to może się wykłócić)
  • – Jest biała – zdjęcia z winietą robione w negatywie mają prawo do winiety w kolorze białym, ale cyfrowe zdjęcia z winietą w kolorze białym? Fotokicz, jak od negatywu do slajdu. Biała, dodana sztucznie, podoba mi się jedynie na zdjęciach zrobionych w technice high-key – ale też pod warunkiem, że użyta jest z wyczuciem.
  • – Jest koślawa i najmniej intensywna w punkcie, który autor takiego kiczu chciał podkreślić. Jeśli zrobił zdjęcie, na którym nie widać tego, co chciał pokazać, niech lepiej zrobi strzałki: dzięki nim w mniejszym stopniu ucierpią elementy znajdujące się w dalszym otoczeniu podkreślanego tematu zdjęcia.
  • – Została dodana na samym końcu – wyobraźcie sobie zdjęcie z intensywnie nałożonym efektem cross-processingu i czarną winietą. Niebiesko-fioletowo-zielone cienie i szaro-czarne rogi. Koszmar!
  • – Wygląda idiotycznie. Po prostu. Widziałem naprawdę zajebiste zdjęcia, lecz spieprzone winietą, która pasowała tam mniej, niż ślepemu telewizor Full HD. Świetne prace, ujęcia, że paluchy lizać, ale bezsensownie użytymi efektami sprowadzona do poziomu kiczu. Taki wiejski tuning, no…


Czytaj całość…

Heliosa z AF-em, poproszę…

Helios 44M-4

Helios 44M-4

Często staję przed wyborem: założyć manualny, w pełni mechaniczny obiektyw z m42, czy systemowy, zautomatyzowany Zuiko. Dylemat jest poważny; poważniejszy, niż się z pozoru wydaje.

W czym rzecz? W tym, że nowoczesne obiektywy nie mają duszy. Są tak doskonałe, że po prostu bez zająknięcia spełniają swoją rolę. Nie mają kaprysów, nie strzelają fochów, nie posiadają stron tak słabych, że do pewnych zastosowań po prostu się nie nadają.

Stare samochody, lampowe odbiorniki radiowe, analogowe nośniki dźwięku czy też obrazu – one wszystkie budzą emocje. Jakby w odpowiedzi na nie powstają nowoczesne repliki starych samochodów, producenci muzyczni ozdabiają swoje produkcje trzaskami charakterystycznymi dla płyt gramofonowych, a parający się fotografią dodają ziarna, tekstury i/lub stosują różne inne zabiegi mające na celu postarzenie ich zdjęć.

Mnie najbardziej interesuje właśnie przykład ostatni – ten dotyczący fotografii. Fotoszopka jest nudna i tak sztuczna, że aż mdli. Chyba w każdym wydaniu, choć oczywiście jedno mdli bardziej, a inne mniej. Niemniej jednak nie znoszę tuningowania zdjęć, ale też… nie przepadam za cyfrową sterylnością.

Wiecie, co mi się marzy? To, co w tytule: stary, poczciwy Helios z Auto Focusem. Bez powłok, na pełnej dziurze mydlasty i podatny na wszelkie możliwe rodzaje aberracji. Właśnie tak! Mam fioła na punkcie tego szkła, szczególnie wersji bez powłok MC. Można o nim mówić różne rzeczy, można krytykować za to czy za tamto (z krajem produkcji na czele), ale do jasnej ciasnej: to szkło ma w sobie coś wspaniałego!

Temu szkłu daleko jest do ideału. Przeciętna rozdzielczość, kiepskie i bardzo kiepskie zachowanie pod światło, ale żaden fotoszop z takim wdziękiem nie udziwni zdjęcia, jak właśnie ten obiektyw. Nie gniotsa, nie łamiotsa, bywa jaki jest, ale ta jego plastyka jest fenomenalna!

Przejrzałem mnóstwo sampli nowoczesnych obiektywów o podobnych ogniskowych i podobnej, lub zdecydowanie większej jasności. Ostre żylety, powalające na kolana rozdzielczością w rogach kadru, a nawet i gwintu mocowania filtru, z AF-ami szybszymi od myśli, a przy tym nie zauważające światła padającego bezpośrednio na soczewkę…


Czytaj całość…

Draconica WOŚP 2011 video by Hawira Cinema

Z niecierpliwością czekałem, aż Mateusz udostępni nagrane przez siebie video z XIX finału WOŚP, który odbył się 9 stycznia 2011 roku. Na jego stronie Hawira Cinema (klik) można już obejrzeć nagranie występu dębickich tancerzy ognia „Draconica” (klik), o którym to występie pisałem pięć wpisów temu („Dębickie światełko do nieba, czyli Draconica podczas XIX Finału WOŚP” – klik).

Oto film. Uważni obserwatorzy – nawet ci, którzy mnie nie znają, ale widzieli zdjęcia – nie powinni mieć trudności z rozpoznaniem mojej skromnej osoby :)


Czytaj całość…

Aparaty są jak samochody. A Ty? Jakim jesteś kierowcą?

Dziwnie się poczułem – aż mi w głowie zawirowało. Trwało to zapewne ułamek sekundy, ale w tej krótkiej chwili przez moją świadomość przemknął cały ten wpis. Choć jeszcze w głowie mi od tego grzechotało, to wiedziałem już, że zaraz siądę do pisania.

Wpis powstał w ułamku sekundy, ale spisanie go potrwa dłużej. Również dłużej, niż zrodzenie się pomysłu w głowie, trwać będzie przeczytanie tego, co ponizej naskrobałem – albo raczej wyklikałem.

Czyż nie tak samo jest z fotografią?

W ułamku sekundy powstaje zdjęcie, ale to jest tylko uchwycenie i naświetlenie chwili. Proces przetwarzania tego ułamka sekundy trwa o wiele dłużej – jest to jednak konieczne, aby móc obraz odtworzyć i utrwalić w postaci, w jakiej możemy pokazać go innym. Mogę więc śmiało stwierdzić, że pisząc ten tekst, wywołuję myśl, byście i Wy mogli się z nią zapoznać.

Możliwe, że nie będzie to nic odkrywczego, ale w życiu już wiele razy przychodziło mi się przekonać, że czasem najbardziej błahych i oczywistych spraw nie jesteśmy świadomi. Szukamy, a mamy, lub też poznajemy, choć znamy – tylko dlatego, że nie zdajemy sobie z tego sprawy. Więc jeśli nawet dziewięciu na dziesięciu czytającym ten wpis porównanie fotografii do samochodu już od dawna jest znane, to ta jedna osoba, która nie była tego podobieństwa świadoma, jest tym powodem, dla którego niniejszy tekst popełniam.

Wróćmy do pierwszego akapitu. W tamtej chwili trzymałem w dłoniach Porsta i spokojnie bawiłem się ustawieniami ekspozycji, nie planując jednak zrobić zdjęcia. Ot, takie zwyczajne przepalenie silnika, który ten przez dłuższy czas był w bezruchu.

Kręciłem pokrętłem czasu migawki i pierścieniem przysłony, obserwując, jak wskazówka światłomierza przesuwa się raz w jedną, a raz w drugą stronę. Bez określonego celu, właściwie tylko dla przyjemności. Wskazówka na każdy mój ruch reagowała odpowiednio. W górę, w dół, mniej bardziej, powrót do wcześniej zajmowanej pozycji… Pełnia kontroli, wręcz pełna symbioza z tym kawałkiem metalu i szkła.

Wtedy pomyślałem o cyfrowym Olympusie i w tym momencie, w ułamku sekundy, migawka w moim umyśle wykonała swój cykl. Utrwaliła ten fragment potoku myśli, bo w tym momencie pojawiła się taka, która należało utrwalić, a nie tylko obserwować na matówce. W tym momencie, w myślach, porównałem swoje aparaty do samochodów. Ba! Poczułem się, jakbym właśnie siedział w jednym z nich.


Czytaj całość…

Zdjęcia z dzieciństwa – dzisiejsze dzieci będą mieć przewalone

Porządkowałem sobie zdjęcia na dysku i tak, od folderu do folderu, dotarłem do zapomnianego już katalogu podpisanego „Skanowane”. Nie miałem bladego pojęcia co się w nim może znajdować: mogły tam być zarówno negatywy sprzed kilku lat, mogły być skany starych fotografii teściów, które swego czasu reperowałem, mogło być też kilka innych zestawów zdjęć. Zajrzałem więc do środka.

No tak: opcja pierwsza (skany z analogowej małpki) z małym gratisem w postaci skanu odbitki, której autorem jest mój tato. O tym kompletnie zapomniałem, a gdyby nie fakt, że to mój komputer i mój dysk, ośmieliłbym się stwierdzić, że nie miałem pojęcia, iż ktoś to zdjęcie w ogóle zeskanował. Test skanera? Możliwe. Rozdzielczość malutka, więc zeskanuję je raz jeszcze, aby umieścić je ponieżej tego akapitu. O, właśnie tu:

Ja, czyli autor niniejszego bloga - ponad ćwierć wieku temu :)

Ja, czyli autor niniejszego bloga - ponad ćwierć wieku temu :)

To ja. Zdjęcie zrobił mój tato swoim Zenitem TTL i Heliosem, którego modelu do dziś nie mogę rozgryźć. Nie pamiętam napisów okalających przednią soczewkę, za to jestem niemal pewien, że z przodu przypominał model 44-2. Tylko, że nie mógł to być 44-2, bowiem posiadał przełącznik A/M i przysłonę, która domykała się stopniowo (nie płynnie). 44-3? Wygląd mi nie pasuje. 44M? Nie ten wygląd. Ach, ci Rosjanie…

Anyway. Zdjęcie, jak już wspomniałem, zrobił mój tato. Zrobił, wywołał film, zrobił odbitki, tym samym utrwalając moje dzieciństwo w formie czarno-białego obrazka. Gapię się na to zdjęcie i radochę z niego mam. W sumie, gdyby było mnie dwóch i siedziałbym obok siebie, to obśmiałbym to zdjęcie wzdłuż i wszerz. Ta fryzura, ta butla, ta mina i poza… hahaha!

Radochę mam z tych zdjęć. Jest ich niewiele, raczej nie więcej, niż setka z całego przedszkolnego dzieciństwa. Zerówka i wczesna podstawówka, to już etap kolejny: więcej fotografów, kolorowe zdjęcia, miejsca i wydarzenia mniej spontaniczne, niż te, kiedy na liczniku miałem nie więcej, niż pół dekady.


Czytaj całość…