Zdjęcia z dzieciństwa – dzisiejsze dzieci będą mieć przewalone

Porządkowałem sobie zdjęcia na dysku i tak, od folderu do folderu, dotarłem do zapomnianego już katalogu podpisanego „Skanowane”. Nie miałem bladego pojęcia co się w nim może znajdować: mogły tam być zarówno negatywy sprzed kilku lat, mogły być skany starych fotografii teściów, które swego czasu reperowałem, mogło być też kilka innych zestawów zdjęć. Zajrzałem więc do środka.

No tak: opcja pierwsza (skany z analogowej małpki) z małym gratisem w postaci skanu odbitki, której autorem jest mój tato. O tym kompletnie zapomniałem, a gdyby nie fakt, że to mój komputer i mój dysk, ośmieliłbym się stwierdzić, że nie miałem pojęcia, iż ktoś to zdjęcie w ogóle zeskanował. Test skanera? Możliwe. Rozdzielczość malutka, więc zeskanuję je raz jeszcze, aby umieścić je ponieżej tego akapitu. O, właśnie tu:

Ja, czyli autor niniejszego bloga - ponad ćwierć wieku temu :)

Ja, czyli autor niniejszego bloga - ponad ćwierć wieku temu :)

To ja. Zdjęcie zrobił mój tato swoim Zenitem TTL i Heliosem, którego modelu do dziś nie mogę rozgryźć. Nie pamiętam napisów okalających przednią soczewkę, za to jestem niemal pewien, że z przodu przypominał model 44-2. Tylko, że nie mógł to być 44-2, bowiem posiadał przełącznik A/M i przysłonę, która domykała się stopniowo (nie płynnie). 44-3? Wygląd mi nie pasuje. 44M? Nie ten wygląd. Ach, ci Rosjanie…

Anyway. Zdjęcie, jak już wspomniałem, zrobił mój tato. Zrobił, wywołał film, zrobił odbitki, tym samym utrwalając moje dzieciństwo w formie czarno-białego obrazka. Gapię się na to zdjęcie i radochę z niego mam. W sumie, gdyby było mnie dwóch i siedziałbym obok siebie, to obśmiałbym to zdjęcie wzdłuż i wszerz. Ta fryzura, ta butla, ta mina i poza… hahaha!

Radochę mam z tych zdjęć. Jest ich niewiele, raczej nie więcej, niż setka z całego przedszkolnego dzieciństwa. Zerówka i wczesna podstawówka, to już etap kolejny: więcej fotografów, kolorowe zdjęcia, miejsca i wydarzenia mniej spontaniczne, niż te, kiedy na liczniku miałem nie więcej, niż pół dekady.


Czytaj całość…

Wstęp do fotografii spadochronowej

Zgodnie z zapowiedzią (klik), na blogu Wsubiektywie.pl rozpoczyna się seria wpisów o fotografii spadochronowej, którą bez wahania można zakwalifikować do fotografii ekstremalnej. Autorem tego (i kolejnych) spadochronowych wpisów jest Stanisław Blezień: skoczek, instruktor, kamerzysta i fotograf skoków spadochronowych. Skacze od 15 lat, a jego licznik oddanych skoków przekroczył już liczbę 1,5 tyś. Więcej na podstronie „Autorzy„.

fot. Stanisław Blezień

fot. Stanisław Blezień

Po rozmowie z Marcinem i jego wpisach zacząłem bardzo powoli „zbierać się” do napisania tego oto właśnie artykuliku. Skoncentrujemy się najpierw na przedstawieniu pewnej formy spędzania wolnego czasu. Skoki spadochronowe, bo o tym mowa, to sport mający oczywiście różne oblicza jak: hobby, incydentalna przygoda życia, jedna z wielu form aktywnego wypoczynku aby być na topie, skończywszy na uprawianiu wyczynowym, czy pracy jako instruktor, układacz spadochronów, fotograf, kamerzysta etc. Oczywiście, te formy często się przenikają. Nie należy zapominać również o zastosowaniu wojskowym, mającym daleko inny cel niż relaks, zabawa, bądź wynik sportowy.

I tutaj właśnie, jak w wielu innych materiach, zastosowanie znalazła fotografia czy film. Co więcej, można śmiało zaryzykować stwierdzenie, że sport ten rozwinął się w ostatnich dekadach właśnie dzięki temu, że można zrobić fotkę w powietrzu czy nagrać video. Pisząc o rozwoju mam na myśli progres i poziom umiejętności, jakie mogą zdobyć skoczkowie, a nie rozgłos i odbiór medialny, bo to inny (oczywiście również istotny) aspekt sprawy.

Posłużę się przykładem; mecz piłki nożnej może oglądać z łatwością kibic, trener, dziennikarz, krytyk, laik etc. Każdy wytknie błędy czy braki w technice, nawet bez zdjęć czy video (choć i tutaj ma to jak najbardziej zastosowanie). W skokach spadochronowych bardzo długo wyglądało to tak, że można było obserwować skaczącego „delikwenta” przez lunety lub nieuzbrojonym okiem, widząc z tak ogromnej odległości naprawdę niewiele. W ostateczności można było polegać na bohaterskich opowieściach do dziś krążących jako anegdoty w środowisku. Opowieści te jednak zawierały mnóstwo uczuć entuzjazmu i fascynacji, a bardzo mało prawdy o tym, jak faktycznie wyglądał przebieg skoku. Tym samym nie można było zbyt wiele poprawić w następnym. Konkluzja jest prosta- we współczesnym sporcie spadochronowym techniki foto i wideo, to, poza kwestiami marketingowo-reklamowo-medialnymi, podstawa rozwoju umiejętności.


Czytaj całość…

Zanim Bóg zesłał na świat Photoshopa… :)

Dawno, dawno temu, a było to w czasach, kiedy szczelnie pokryte smołą słoiki pełniły rolę koreksów, a ostatnią soczewką powiększalnika były babcine okulary, życie fotografa było bardzo trudne. Cokolwiek spieprzył, cokolwiek zepsuł i czegokolwiek nie dopracował – wszystko odbijało mu się okrutną czkawką i za wszystko musiał odpokutować. Z kolejną sesją włącznie. I nigdy nie miał pewności, czy wszystko poszło gładko i czy czegoś po drodze nie spaścił.

Nikomu przez myśl nie przychodziło, żeby z kału robić tort. Szczytem marzeń była możliwość łatwego naprawienia niedociągnięć i nikogo nie obchodziło tworzenie nowej, atrakcyjnej dla oka rzeczywistości niż ta, umiejętnie oddana na zdjęciu. Nikomu nie zależało na cudach na kiju, poza takim jednym jegomościem, któremu marzyło się tworzenie zdjęć w Photoshopie, a nie na matówce. Dotknął, choć o tym jeszcze nie wiedział, nurtu tworzenia zdjęć w komputerze na bazie warstw i sampli zdobytych aparatem fotograficznym. Oto pan, któremu poświęcono poniższą animację. Animację, bo przecież nikt z jego znajomych nie miał aparatu z funkcją kręcenia video :)


Czytaj całość…

Nowy sprzęt psuje zdjęcia

Tak sobie siedziałem i przeglądałem zdjęcia z wakacji… Właściwie, to jeszcze nie skończyłem, bo sporo się tego nazbierało: urlop szwagra, wyjazd nad morze, początek przebudowy domu u teściów i inne takie. Zatem czas przeszły zmienię na teraźniejszy i napiszę:

Tak sobie siedzę i przeglądam zdjęcia z wakacji. Sporo z nich zrobiłem w pomieszczeniu zamkniętym, gdzie braki w oświetleniu nadrabiałem wbudowaną lampą z dyfuzorem zapinanym w sanki, lub stosując wysokie czułości. Fajne są te zdjęcia, podobają mi się. Wtedy, na świeżo, myślałem „mogłem zrobić lepsze” i co rusz wynajdywałem kolejne mankamenty, których powinienem uniknąć.

Dziś z tych zdjęć jestem zadowolony, czego nie mogę powiedzieć o fotkach z ostatnich świąt bożego narodzenia i okresu noworocznego. Przed samymi świętami kupiłem lampę błyskową. Długo się przed nią broniłem, bo zasadniczo bardzo rzadko potrzebowałem błyskać. Zwykle wysoka czułość i sytuacje, w których sztuczne światło znad obiektywu psuło by mi klimat.

Kupić chciałem obiektyw, no ale tak wyszło, że zamiast niego kupiłem lampę. Systemową, Olympus FL-36 [KLIK], w cenie np. Samyanga 85/1.4 (którego i tak pewnie sobie kupię). Kolejne szkło może poczekać, a podczas świątecznych posiadówek bardziej przyda się dobra lampa. No tak też się stało. Przy okazji przypomniałem sobie, jak pachnie nowy Olympus :)

Już przed świętami urządziłem sobie małe roztrenowanie, by w święta nie dać się przypadkiem lampie czymś zaskoczyć. Pomysł z kupnem lampy uznałem za trafiony w dziesiątkę: ten niewielki flash w przyszłości jeszcze nie raz się przyda, a zaoszczędzone dzięki niemu złotówki mogłem ulokować pod choinką.

Światła wbudowanej lampy do dodatkowej, błyskającej po sufitach i ścianach nie ma nawet sensu porównywać – zbyt wielka różnica. Porównywać natomiast można kompozycję zdjęć czy kreatywność. Tu klęska. Ot, przyzwoite, rodzinne pstryki jednego z krewnych, który sprzęt lepszy od przeciętnego ma. Tyle. Zero niczego, z czego mogę być dumny.


Czytaj całość…

Co masz na myśli mówiąc, że…?

Jest sobie noc z soboty na niedzielę. Późna pora, ale dla mnie najlepsza. Sączę sobie piwo, z głośników sączy się smooth jazz (tu pozdrawiam czytelniczkę o wdzięcznym pseudonimie „Głos”), a przez ftp na serwer wsączają się pliki nowej wersji WordPressa… Życie.

Jak tylko uświadomiłem sobie, że to wszystko wokoło jest takie rutynowe, włączył się w mojej głowie mechanizm odpowiedzialny za profil „coś się w końcu dzieje”. Pomyślałem o tym, że fajnie byłoby w końcu skrobnąć coś na Wsubiektywie. Kilka tematów mam w notatniku, wystarczy rozwinąć…

Chyba w tej samej chwili moje oczy powędrowały w kierunku półki, na której kilka zacnych rolek filmu 135 czeka na swoją kolej. Dwie kolorowe i dwie czarno-białe. Dwa Kodaki, Agfa i Ilford. Skupiłem się na nich, machina myśli ruszyła pełną parą.

Kolorowe klisze
Skanowanie kolorowych negatywów sprawia mi sporo problemów. Ciężko jest mi złapać odpowiednią tonację, którą od biedy można nazwać balansem bieli. Z jednej strony poszukiwanie najbardziej neutralnych ustawień, z drugiej charakterystyczne dla danej błony kaprysy kolorystyczne. Nie umiem, idzie mi to bardzo opornie, a dopiero po zeskanowaniu ostatniej rolki wpadłem na to, że skany mogę zapisywać jako cyfrowe rawy i obrabiać później w RawTherapee.

Czarno-białe klisze
Ilford XP2 400 i Kodak BW400CN. Jeden i drugi do wołania w procesie c-41, bo zależało mi na czasie i pewności, kiedy testowałem aparaty. Kolejne kupię już do tradycyjnego procesu i też będą one czarno-białe. Bo lepiej sobie z nimi radzę.

I tak doszliśmy do punktu, w którym wstęp dotyka tytułu tekstu. Co masz na myśli mówiąc, że… fotografia czarno-biała jest trudniejsza od kolorowej?

Od kilku osób to stwierdzenie słyszałem. I co z tym zrobić? Podzielać je, bo muszą mieć rację? Samodzielnie szukać uzasadnienia? A może poprosić o wyjaśnienie, dlaczego tak uważają? Bo ja, na podstawie swoich dotychczasowych doświadczeń, mam zupełnie inne zdanie. Dla mnie fotografia kolorowa jest problemem, a czarno-białe zdjęcia… pracuje mi się z nimi z przyjemnością!

Jeden z nielicznych przykładów, kiedy brak uzasadnienia jest karany ;)

Jeden z nielicznych przykładów, kiedy brak uzasadnienia jest karany ;)

O co chodzi? O to, że kolorowe klisze wywołuje się w labie, a cz-b w koreksie w zaciszu własnej łazienki? Czy dlatego, że w cz-b trzeba kompozycję podporządkowywać czarnym i białym plamom, podczas gdy barwne kadry z tego zwalniają? Dlaczego? A może dlatego, że na kolorowe zdjęcia są gotowe mieszanki fotoszopowych sosików, a czarno-białe najpierw trzeba umiejętnie wyprowadzić ze stanu szaro-szarego, co nie dla każdego jest sprawą prostą?


Czytaj całość…