Pierwsze koty za płoty, czyli wcale nie było tak kolorowo…

Ilford XP2 Super 400

Ilford XP2 Super 400

No bo niby jak miało być kolorowo, skoro w aparat wpakowałem film czarno-biały? Ilford XP2 Super 400 w Zenicie TTL, wywołanie filmu w fotolabie i na końcu pierwsze w życiu skanowanie negatywów. Jak poszło? Dramat!

Wiedziałem, że kolorowo nie będzie, stąd też nie czuję rozczarowania. Pierwszy raz zwykle boli – tego się w życiu nauczyłem i dzięki tej nauce dużo łatwiej jest zderzać się z rzeczywistością, która zwykle jest inna, niż oczekiwania. Czasem zdarza się, że za pierwszym razem coś wyjdzie lepiej, niż się spodziewałem, ale to tylko wyjątki potwierdzające regułę. A regułą jest to, że nie da się dobrze robić czegoś, czego nigdy wcześniej się nie robiło. Fart, to nie umiejętności.

Nie wyszło tak pięknie, jak chciałem, ale swoje zrobiłem. Skany nie są tak fajne, jak oczekiwałem, ale to nie wina moja, filmu czy skanera, ale aparatu. Światłomierz jest do dupy, czego bardzo się obawiałem podczas pierwszych oględzin aparatu – jeszcze przed założeniem kliszy.

W skrócie napisawszy: większość zdjęć nie doświetliłem. Skanując negatywy zastanawiałem się, dlaczego to tak brzydko wygląda. Fatalne kontrasty, brak szczegółów w miejscach, którym przecież daleko do czerni…

Gdzieś na półmetku skapnąłem się, że coś jest nie tak, a zaraz po tym postawiłem diagnozę: zdjęcia są niedoświetlone, a oprogramowanie skanera nieudolnie rozjaśnia obrazy i wychodzi taka beznadziejna kupa. Sporo czasu zajęło mi wyczucie i nauczenie się w miarę owocnego operowania suwaczkami. Niemniej z pustego i Salomon nie naleje, dlatego na tych ciemnych, pozbawionych szczegółów plackach najwyżej można sobie porysować.

Zaczęły mi się te skany podobać dopiero wtedy, gdy olałem rozjaśnianie i zapisywałem takimi, jakimi były. Nie wszystkie, ale te, które tak obsłużyłem, podobają mi się najbardziej.

Inna kwestia, to skaner, który posiadam. W sklepie ani przez moment nie myślałem o tym, że będzie mi służył do skanowania negatywów. Padło na HP ScanJet G2710 – dobry skaner do dokumentów, z wbudowaną w pokrywę przystawką do slajdów/negatywów 36×24 mm. Skaner do wszystkiego, a jak coś jest do wszystkiego… Nie no, nie popadajmy w skrajności. Fakt faktem: gorszy jest od tych dedykowanych negatywom/slajdom.

Czytaj całość…

Pasek nadgarstkowy trzypunktowy – czy warto?

Pasek nadgarstkowy

Pasek nadgarstkowy

Wahałem się: kupić czy nie kupić? W podjęciu decyzji nie pomagała równowaga między kupą zalet i takich samych gabarytów kupą wad.

Z jednej strony:

  • pewniejszy chwyt
  • brak pelętającego się po torbie paska
  • możliwość rozprostowania paluchów dłoni trzymającej aparat bez „wypuszczania go z dłoni”.

Z drugiej strony:

  • brak możliwości przewieszenia aparatu przez ramię/na szyi
  • ograniczone pole manewru prawą dłonią

Zdecydowało zmęczenie dłoni i nadgarstka po kilku godzinach ciągłego trzymania i wywijania aparatem. Kupiłem pasek nadgarstkowy. Wybrałem trzypunktowy (dwupunktowe nie obejmują kciuka), bo jak już zespalać łapsko z gripem, to na całego :)

Na zdjęciu z profilu wyglądało to wyśmienicie: szeroki, mocny pasek, zapewniający super pewny chwyt. Tak pewny, że można nawet wypuścić aparat z dłoni, a on i tak – jak przyklejony – będzie tkwił w niej. Z dwupunktowego można łatwo się wyśliznąć.

Właściwie nie powinno się to nazywać „trzypunktowy pasek nadgarstkowy”, tylko „trzypunktowa uprząż nadgarstkowa”. Jednym z trzech elementów tej konstrukcji jest pasek, którego jeden koniec mocuje się go do uchwytu w body. Pasek ten przechodzi wzdłuż linii kostek zaciśniętej pięści i opasając dłoń kieruje się ku plastikowemu elementowi przykręcanemu do gwintu mocowania statywu. Ostatni jego odcinek – między plastikiem w spodzie aparatu, a uprzężą ze skóry ekologicznej – zakończony jest rzepem, którym można regulować siłę docisku dłoni do aparatu.

Czytaj całość…

Fotograf musi być wyspany + sample z obiektywu Jupiter 37A 135mm f/3,5 (m42)

Jupiter 37A - 135mm f/3,5

Jupiter 37A - 135mm f/3,5

Głodny facet, to zły facet, a śpiący fotograf, to słaby fotograf. Bo fotograf parząc musi widzieć, analizować, układać i mieć energię bez względu na rodzaj fotografii, jakim się zajmuje. Po prostu trzeba się wyspać i nie tylko dla zdjęć, ale i dla własnego zdrowia.

O tym ostatnim zapomniałem, podejmując decyzję o wypadzie z Mirkiem do Tarnowa. Dawno nie przerabiałem porannego szlajania się po nieprzespanej nocy, kiedy brak odporności jest wprost proporcjonalny do braku snu. Trochę mnie w kościach łupie od rana, ale mam nadzieję, że to nic poważnego.

W niedzielę, wczesnym rankiem, pojechaliśmy sobie do Tarnowa. Celem był Stary Cmentarz, gdzie Mirek chciał zrealizować jakiś swój pomysł. Niestety, pogoda spłatała figla i ów pomysł musi jeszcze poczekać. Skoro jednak tam byliśmy, postanowiliśmy skorzystać z okazji i pokręcić się po starej nekropolii.

Strasznie zapuszczone miejsce. Pojechałem tam bez jakiegoś wielkiego przekonania, że uda mi się pochwycić jakiś zacny temat i fajnie go zrobić. Byłem zmęczony i najwłaściwszym dla mnie miejscem było łóżko. Wybrałem jednak aparat i Tarnów – głód fotografii okazał się silniejszy od potrzeby snu.

To się zemściło. Nie miałem siły i/lub chęci zapuszczać się głęboko między groby, nie mówiąc już o przyjmowaniu niewygodnych pozycji, od których często tak wiele zależy. Były nawet chwile, że z zazdrością myślałem o tych wszystkich nieboszczykach, którzy sobie śpią. Może to i dobrze, że cmentarz jest tak stary, bo na nowszych mogłaby znaleźć się jakaś w miarę dobrze utrzymana i wygodna trumienka… ;)

Czytaj całość…

Najlepsze ujęcia* trzeba sobie wychodzić

Gdyby wszyscy pracujący aparatem tak czynili, część z nich pewnie za swoje usługi kazałaby sobie płacić od kilometra. Bo fotografia, to kolejna broszka, w której liczy się praca nóg. Smutna to i brutalna prawda dla wygodnickich, ale fakt jest faktem: do zestawu ćwiczeń doskonalących fotograficzny warsztat trzeba dorzucić bieżnię. Nie ma, że boli! Zalać klejem zoomy i zacząć chodzić!

Tiaaa, obiektywy zmiennoogniskowe są cholernie wygodne. Najlepiej te z zakresu 18-200mm. Czemu jeszcze nikt nie zrobił multi-hiper-ultra zooma, takiego powiedzmy od ósemki po okrągły tysiączek. Przecież wtedy wszystkim żyłoby się lepiej! Zamiast łazić wte i wewte, taszczyć ze sobą kilogramy obiektywów, wystarczyłoby z takim jednym 8-1000mm (f/3,6-16 ;)) usiąść sobie wygodnie i kręcąc pierścieniem ogniskowej kadrować nie ruszając się z miejsca. Czyż nie? Ano… nie.

Założę się, że są i tacy, którzy nie mają świadomości tego, że wraz ze wzrostem ogniskowej maleje kąt widzenia. Takim wydaje się, że robiąc zuuuum + pstryk otrzymają to samo, co robiąc pstryk z bardzo bliska. Otóż wcale tak nie jest. Dłuższa ogniskowa = węższy kąt = mniejszy fragment tła. I spłaszczona perspektywa.

Kąt widzenia jest kluczowym parametrem, którym każdy szanujący się fotograf powinien umieć operować. Ogniskowa i przysłona – na nich skupia się większość. Nieco rzadziej priorytetem jest czas migawki. Jak często ogniskowa postrzegana jest w kontekście głębi ostrości i minimalnego czasu migawki, tak często nie docenia się jej roli w kompozycji i plastyce zdjęcia.

Warto to sobie uświadomić, pamiętać o tym i uczyć się z tego korzystać. Odpowiednie operowanie ogniskową w celu kontroli kątów widzenia (zoom w nogach) sprawi, że zdjęcia będą ciekawsze, kadry lepiej zagospodarowane, a fotograf bardziej zadowolony :)

Kto powiedział, że im dłuższa ogniskowa w portrecie, tym lepiej? Ten, komu zależy na możliwie najpłytszej głębi ostrości i pal licho tło. Mała głębia ostrości w portrecie – z tym się mogę zgodzić, ale też pod pewnymi warunkami (o portrecie napiszę innym razem). Jeśli komuś zależy na zrobieniu komuś portretu w plenerze z jednoczesnym zneutralizowaniem tła, niech fotografuje nawet i teleskopem.

Czytaj całość…

Aby siekierka była mądrzejsza od drwala

Nocna zabawa w trzy zdjęcia

Nocna zabawa w trzy zdjęcia

Pewnej nocy głód fotograficzny dał o sobie znać ze zdwojoną siłą. Czasem tak mam, że przychodzi pragnienie popatrzenia na świat przez wizjer i podzielenia się swoimi obserwacjami z matrycą. Bywa, że mam siły, by przeciwstawić się tej mocy, która wpycha mi aparat w dłoń, ale owej nocy okazałem się być zbyt słaby.

Wszystko zaczęło się w łóżku. Próbując zasnąć żonglowałem sobie w głowie rozmaitymi myślami. Wiem, że w takich sytuacjach należy zachowywać ostrożność, by nieopatrznie nie pochwycić tematu, który w jednej chwili spędzi sen z powiek. Ostrożności jednak nie zachowałem i… efekt domino: ta jedna, niebezpieczna myśl rozbudziła nie tylko mnie, ale i tę moc, o której napisałem w akapicie pierwszym. Na domiar złego ocena sytuacji „no to pospane” jedynie pogorszyła sprawę.

Zapaliłem światło i po pobieżnych oględzinach sprzętu wziąłem aparat w dłoń i z dodatkowym obiektywem w kieszeni opuściłem mieszkanie. Żadnego pomysłu, żadnej konkretnej opcji; po prostu musiałem zrobić kilka zdjęć, by odzyskać spokój. Przypomniałem sobie o wymyślonej przez siebie zabawie w trzy zdjęcia… (link dla zainteresowanych). Oto i świetna okazja, by zabawić się w to.

Spacerując w poszukiwaniu ciekawego tematu do zdjęć wspominałem sobie czasy, kiedy w ciemną noc bez statywu nie śmiałbym się zapuszczać. Dlaczego więc tej nocy nie zabrałem ze sobą nic poza dodatkowym obiektywem i kluczami do mieszkania? Coś ważnego musiałem kiedyś przeoczyć, a tym ważnym czymś było zdobycie przekonania, że mój aparat, pozbawiony statywu, da radę w nocy. Ale skąd ta pewność? Zimą łaziłem po mieście strzelając zimowe zdjęcia z ręki, ale wtedy dookoła zalegał śnieg. Odbijał on światło i robił dobrze światłomierzowi, jednak wczesną jesienią śniegu brak…

Przechodząc przez jezdnię zauważyłem światła samochodu jadącego w moim kierunku. Wlazłem na trawnik, szybko ustawiłem czas migawki na 1s (z dłuższym czasem bym sobie nie poradził kucając) i czekałem, aż nadjedzie samochód.

Zdjęcie, niestety, minimalnie poruszone wyszło, ale w zamian za to dostałem smugę światła o długości doskonale pasującej do obranego kadru :) Zadowolony ze zdjęcia kontynuowałem spacer, a razem z nim refleksje na temat sprzętu.

Liczba nocnych tematów jest duża, a jej potęgą są umiejętności i spostrzegawczość fotografa. Potęgą tej potęgi jest kreatywność. Czysta matematyka!

Czytaj całość…