Helios 40-2 85/1.5 vs. Jupiter 9 85/2

Ciekawi jesteście, jak w bezpośrednim porównaniu wypadają dwie uznane portretówki z mocowaniem m42? Jeśli tak, to zapraszam do lektury tego wpisu: pierwszej części konfrontacji manualnych 85-ek, podpiętych do cyfrowych lustrzanek Canon i Olympus, za pośrednictwem odpowiednich adapterów.

Jupiter 9 85/2 vs. Helios 40-2 85/1,5

Jupiter 9 85/2 vs. Helios 40-2 85/1,5

Rozmiar. Helios jest zdecydowanie większy od swojego radzieckiego kuzyna: Jupiter jest o niespełna połowę krótszy i o tyle samo węższy. Różnica podobna, jak między pełną klatką, a matrycą 4/3. Za to Jupiter wydaje się być cięższy – ale tylko „wydaje się”. W rzeczywistości waży mniej, niż Helios, ale wrażenie ciężkości wywołuje bardziej masywna i zwarta konstrukcja Jupitera. Zaznaczam jednak, że jest to moje, bardzo subiektywne, odczucie.

W kwestii pierścieni nastaw obydwa obiektywy prezentują się podobnie. Zarówno Jupiter, jak i Helios, wyposażono w trzy pierścienie, których zastosowanie jest takie samo. Pierwszy pierścień (licząc od przedniej soczewki) służy do ustawiania maksymalnej wartości przysłony. Drugi (środkowy) pierścień domyka przysłonę do predefiniowanej wartości. Trzeci, jak już łatwo się domyślić, służy do ogniskowania (ostrości).

Czytaj całość…

Nie śmiejmy się z drogowców

Z całą powagą apeluję, abyśmy przestali śmiać się z drogowców, których rokrocznie zaskakuje zima. Co prawda, zdarzało się, że i oni próbowali zimę zaskoczyć, ale kończyło się to zwykle tak, że piaskarki jeździły i sypały, a śniegu jeszcze przez wiele kolejnych dni nie było.

Mamci naturze łatwo jest się dać zaskoczyć. Kapryśna ona, jak to baba, jaja sobie lubić robi. I robi; nie tylko z drogowców, ale też z fotografów.

Chyba każdy miłujący fotografię facet, nawet jeśli skupia się na dziedzinach dalekich od natury, jest wrażliwy na grę kolorów, jaką serwuje niebo, chmury i pieszczące się z horyzontem słońce. Tę słabość natura raczy wykorzystywać, zaskakując nieprzygotowanych i bawiąc się widokiem ich bezsilności.

17 listopada – piękny zachód słońca

Zachód Słońca 17 listopada

Zachód Słońca 17 listopada

Czekając na kuriera, siedziałem sobie przed komputerem i dłubałem sobie w plikach jednego z bloków. W ramach krótkiego resetu umysłu zerknąłem sobie na fejsbuka, a tam, uwięziony w pracy kolega, bił na alarm, że słońce pięknie zachodzi i kto żyw winien pochwycić swój aparat w dłoń i pstrykać. Pstrykać. PSTRYKAĆ!!!

Z aparatem w dłoni wylazłem na balkon, westchnąłem zrezygnowany, ustawiłem ekspozycję i zrobiłem zdjęcie. Zaklinałem się, że następnym razem nie dam się tak zaskoczyć. Żebym chociaż sam nie siedział w domu… ale jak pech, to do końca.

9 grudnia – wspaniały wschód słońca

A trzy tygodnie później kolejny psikus-zaskakiwus ze strony natury, tym razem jednak z drugiej strony horyzontu. Wschód słońca, którego wyjątkowość zauważyłem kątem zmęczonego oka, kładąc się spać po długiej i intensywnie przepracowanej nocy.
Tak, jak siedziałem na łóżku: w samym podkoszulku i gatkach wybiegłem na balkon, oczywiście z aparatem w dłoni. Wiało, jak w przysłowiowym kieleckim, a ja, nie zważając na to, walczyłem z wycelowanym na wschód aparatem.

Czytaj całość…

Pozwól fotografii robić Ci prezenty

– Jak można wkurzyć fotografa z ambicjami?
– Wystarczy powtarzać mu, że niezłe zdjęcia mu wychodzą.

Z naciskiem na „wychodzą”.

Chyba każdy chce zdjęcia robić, a nie, żeby mu one wychodziły. Bo jak mu zdjęcie wyjdzie, to można mówić o farcie, a jeśli zdjęcie zrobił on, no to wszelkie laury należą się jemu. Bo wypatrzył, bo wypocił perspektywę, bo przycisnął w odpowiedniej chwili, bo zdjęcia robi on, bo zdjęcia same nie wychodzą.

To kwestia ambicji, dumy i – w zdrowych przypadkach – również samodoskonalenia. No dobra… a co, jeśli jednak, jak na złość, zdjęcie zrobi się samo? Wyjdzie udane, trafi w gust oglądających, ucieszy fotografa, ale jednocześnie będzie go gryzło? Bo nie on je zrobił, bo zrobiło się samo, bo miał szczęście, które zwykło sprzyjać głupim, bo inni myślą, że to on, ale on sam siebie nie oszuka?

W dążeniu do całkowitej kontroli nad obrazem odbieramy szansę dobrej wróżce na zrobienie miłej niespodzianki. Nie zostawiamy miejsca na brak skupienia, na brak odliczania i na swobodny oddech. Wstrzymujemy go, rozbijamy momenty na tysięczne sekundy i oglądamy efekt surowym okiem. Czy cieszy? Musi. Zdjęcie jest dobre. Technicznie nienagannie, obróbka wporzo… w końcu rutyna. Powtarzalność. Zero przypadku.

A jeśli jednak szlag pancerz nasz trafi i migawka mimowolnie wykona swój cykl? Co wtedy? To, co ja w pierwszej chwili chciałem wczoraj zrobić? Wyuczona sekwencja przycisków, którą kończy OK potwierdzający usunięcie zdjęcia? Pierwszy, drugi, strzałka, OK – to chciałem wykonać bez obejrzenia zdjęcia na wyświetlaczu aparatu. Ale niechcący zobaczyłem to zdjęcie i… postanowiłem nie usuwać.

Czytaj całość…

HotPixels – darmowy program do usuwania gorących pixeli

Jedni ludzie wyprowadzają swoje szczekające czworonogi na smyczy. Inni zaś pieski zastępują aparatami na trzech nogach statywu, z którymi miast smyczy łączy ich wężyk spustowy. A skoro jest wężyk i statyw, to muszą być długie czasy naświetlania, a jeśli migawka pozostaje długo otwarta, to zdjęcie często wychodzi piegate.

Gorące piksele (hot pixels), to zmora nocnych marków, którym zachciewa się długich ekspozycji. Pół biedy, jeśli obecne na zdjęciu biało-kolorowe punkty można zliczyć na palcach jednej dłoni. Gorzej, jeśli świecących pikseli jest tyle, że wizja ręcznego usuwania ich (np. stemplem) przyprawia o dreszcze, zimne poty i drgawki.

ISO 800, czas: 70 sekund i na zdjęciu (poniżej) pierwszy śnieg. Pogrzebałem trochę po internecie, porównałem kilka recept na hot-pixele i wybrałem tę, która najbardziej przypadła mi do gustu. Tym cudownym środkiem jest bardzo prosta aplikacja o wszystko mówiącej nazwie HotPixels.

HotPixels - darmowy program do usuwania gorących pixeli na zdjęciach

Okienko programu HotPixels

Czytaj całość…

Fotografia stockowa

Parę razy zdarzyło mi się poważniej zastanowić, czy aby nie spróbować swoich sił w fotografii stockowej, ale za każdym razem dochodziłem do wniosku, że to nie dla mnie. Jestem świadom swoich mocnych i słabych stron i skupiam się na tych pierwszych, a o tych drugich nawet nie myślę.

Nie widzę siebie w roli człowieka płodzącego ilustracje stockowe. Bardzo dobrze znam smak dochodu biernego, choćby jako współautor książki, która była bestsellerem najlepszego branżowego wydawnictwa i to dłużej, niż ktokolwiek się spodziewał. Książka tak długo, jak długo była w sprzedaży, generowała dochody, a ja w tym czasie nie musiałem robić nic. Pieniądze same się zarabiały, a ściślej mówiąc: zarabiała je książka i robiła to w czasie, w którym dla mnie praca przy niej była już tylko wspomnieniem.

Podobnie jest z fotografią stockową: raz zrobione zdjęcia będą zarabiać na swojego autora tak długo, jak długo będą dostępne w serwisach zajmujących się obrotem takich obrazów. Fotograf stockowy zdjęcie robi raz, a zarabia na nim cały czas – lecz nie natychmiast.

Branża stockowa, to nie branża ślubna, czy produktowa – choć z tą akurat ma odrobinę wspólnego. Za śluby, reportaże i inne zlecenia „na już” wynagrodzenie dostaje się od razu i, zasadniczo, tylko raz. Natomiast w fotografii stockowej zdjęcia wykonuje się nie dla konkretnego klienta na konkretny termin i za konkretną kasę, ale dla nieznajomych, na nie wiadomo kiedy i za trudną do prognozowania kasę.

Po pierwsze: w serwisach stockowych dominuje fotografia kotletowa – dlatego właśnie nie jest to branża dla mnie. Po drugie: zdjęcia stockowe nie muszą podobać się autorom, ale powinny (wręcz muszą) podobać się klientom, którzy za nie zapłacą.

Czytaj całość…