Trochę techniki i człowiek się gubi
15 maja 2012 | Kategoria: Aparaty, Praktyka, Sprzętowo | Komentarzy: 9
Krótka piłka: przez ostatnich kilka miesięcy fotografowałem ze źle ustawioną stabilizacją matrycy. W wyniku tego mnóstwo zdjęć robionych obiektywami systemowymi było nieostrych, a we mnie rosły obawy, iż mogłem te obiektywy niechcący uszkodzić. No bo jak inaczej tłumaczyć nieostre zdjęcia, które robiłem: z auto focusem, z krótkimi czasami i krótkimi ogniskowymi? Nawet zdjęcia kontrastowego, nieruchomego obiektu, robione przy 1/2000s i ogniskowych z zakresu 14-42mm były dziwnie nieostre.
Oglądać się je dało, ale w powiększeniu wychodziły dziwne nieostrości. O dziwo, zdjęcia wykonane przy pomocy manualnych, niesystemowych obiektywów były wzorowo ostre. Wydawało mi się to dziwne, ale przez myśl mi nie przyszło, że powodem takiej różnicy w jakości obrazu między obiektywami Zuiko, a m42, może być stabilizacja matrycy.
Stabilizacja, której sposób działania przestawiłem sam, albo ewentualnie zrobił to ktoś, bawiąc się moim aparatem. Bardziej podejrzewam siebie, bo nie przypominam sobie, aby ktoś aż tak bardzo bawił się moim sprzętem, a sam… no cóż, wiele rzeczy robię „na pamięć”, „po omacku”, nie odrywając oka od wizjera. Mogłem więc niechcący wejść w ustawienia pracy stabilizacji matrycy i przestawić jej tryb z całkowitej stabilizacji na stabilizację tylko w jednej osi – poziomej.
Ale o co chodzi?
Olympus w systemie 4/3 stabilizację obrazu powierzył korpusowi. W „Olkach” stabilizowana jest matryca, dzięki czemu działa ona z każdym obiektywem – także takim spoza systemu, podłączonym przez odpowiedni adapter. Świetna sprawa, tym bardziej, że ta stabilizacja naprawdę działa, a jej skuteczność oceniam na około 3 EV.
Olympusowa stabilizacja może działać w trzech trybach: eliminować drgania jednocześnie w osi pionowej i poziomej (tryb I.S.1) lub oddzielnie: w osi pionowej (I.S.2) i w osi poziomej (I.S.3).
Czytaj całość…
Witold Królikowski w akcji
8 maja 2012 | Kategoria: Praktyka | Komentarzy: 12
Tym razem zaserwuję Wam wpis okraszony zdjęciami, będący krótkim materiałem z pleneru ślubnego, na który wprosiłem się na krzywy ryj, w buciorach i na domiar wszystkiego zabrałem ze sobą kolegę :)
Mózgiem sesji i pierwszymi skrzypcami był Witold Królikowski (www.witoldkrolikowski.pl) – pochodzący z Pustkowa Osiedla, a mieszkający we Wrocławiu fotograf, którego warsztat od dawna miałem ochotę podejrzeć. Dla tych z Was, którzy cenią wyróżnienia dodam, że należy on do AG|WPJA (Artistic Guild of the Wedding Photojournalist Association) – międzynarodowej organizacji zrzeszającej najlepszych fotografów ślubnych.
Niedawno nadarzyła się okazja na małą wymianę uprzejmości związanych z naszą działalnością fotograficzną. On: zawodowy fotograf ślubny, a ja: zapalony fotoamator i bloger. I tak na naszym spotkaniu w plenerze zyskali wszyscy i właśnie to jest w tym wszystkim najpiękniejsze! Witek zarobił wpis – jak by nie patrzyć – reklamujący go. Ja podglądnąłem to, co chciałem i od razu jest mi z tym lepiej. Kolega mój zadał mnóstwo pytań i na każde z nich dostał odpowiedź. A młoda para? Młoda para ma zdjęcia nie od jednego, ale od trzech fotografów. Czyż nie wspaniale jest być dla siebie miłym? :)

Witold Królikowski
Mocno rozmyte tło, czyli o pewnym trendzie we współczesnej fotografii
28 marca 2012 | Kategoria: Myślę sobie..., Polecane, Praktyka, Sprzętowo | Komentarzy: 34
„Chłop ze wsi wyjdzie, ale wieś z chłopa nigdy” – nie wiem, dlaczego akurat to powiedzenie przychodzi mi na myśl, kiedy myślę o tych wszystkich ludkach, którzy wyszli ze świata kompaktów, wleźli w świat lustrzanek i mają obsesję na punkcie rozmytego tła.
Część nie potrafi uzasadnić, dlaczego to rozmyte tło im się tak podoba. Inni kombinują z tłumaczeniem, że możliwość odseparowania motywu głównego od tła jest narzędziem artystycznym, które się przydaje. No i, patrząc na zdjęcia takich, można odnieść wrażenie, że oni tego narzędzia nie wypuszczają z rąk.
Skąd się to bierze, że jedni dadzą się pociąć za możliwość robienia takich zdjęć, a drudzy za możliwość zrobienia sobie takich zdjęć? Chyba stąd, że rozmyte tło definiuje dobry, tzw. „profesjonalny” sprzęt. Nieważna kompozycja, motyw czy wierność obrazu. Jest rozmyte tło, to jest profesjonalnie.
Po przesiadce z kompaktu na „cyfrowe lustro” też na pewien czas dostałem fioła na punkcie płytkiej głębi ostrości. Maciupkie matrycki w małpkach takiego wypasu nie oferowały, a nowy sprzęt… Nie pamiętałem wtedy o tym, że przecież kiedyś już miałem sprzęt pozwalający robić zdjęcia z rozmytym tłem! Nawet bardziej rozmytym, niż z cyfrowej lustrzanki z cropem 2x. Miałem przecież Zenita TTL z Heliosem 58/2! Tyle tylko, że w czasach, w których go miałem, koło dupy latało mi to, czy zdjęcie będzie miało tło rozmyte tak bardzo, jak to tylko możliwe.
Ba! W większości przypadków rozmyte tło było wadą! W końcu przecież nie po to skrupulatnie ustawiałem ostrość (oczywiście, że manualnie), aby mieć zdjęcie nieostre! Czaicie, jakim wypasem byłby wtedy crop, oferujący większą głębię ostrości? Nie dość, że zdjęcia byłyby fajniejsze, to jeszcze klisze tańsze!
A teraz format 135 pokutuje w wersji cyfrowej i do rozstroju nerwowego doprowadza projektujących obiektywy. Bo jak tu zrobić porządne szkło pod dużą matrycę? A to winietowanie, a to mydło w rogach kadru… Do tego dochodzi jeszcze 3D: duży rozmiar, duży ciężar i duże koszty.
„Pełna klatka”. Co to, kurde, znaczy? A crop jest „be”. Co to, kurde, znaczy? Przecież 36×24 też jest cropem!!! Jest mniejszą i tańszą opcją względem średniego formatu, który z kolei jest cropem wielkiego, a wielkiego też można przerosnąć. Tylko po co? Żeby sprzęt ciężarówką wozić i kościołom robić zdjęcia z rozmytym tłem? Czy może portret całej postaci, której środek rzęs pięknie odcina się od rozmytych powiek?
Helios 40-2 85/1.5 vs. Jupiter 9 85/2
15 lutego 2012 | Kategoria: Obiektywy, Praktyka, Sprzętowo | Komentarzy: 10
Ciekawi jesteście, jak w bezpośrednim porównaniu wypadają dwie uznane portretówki z mocowaniem m42? Jeśli tak, to zapraszam do lektury tego wpisu: pierwszej części konfrontacji manualnych 85-ek, podpiętych do cyfrowych lustrzanek Canon i Olympus, za pośrednictwem odpowiednich adapterów.
Rozmiar. Helios jest zdecydowanie większy od swojego radzieckiego kuzyna: Jupiter jest o niespełna połowę krótszy i o tyle samo węższy. Różnica podobna, jak między pełną klatką, a matrycą 4/3. Za to Jupiter wydaje się być cięższy – ale tylko „wydaje się”. W rzeczywistości waży mniej, niż Helios, ale wrażenie ciężkości wywołuje bardziej masywna i zwarta konstrukcja Jupitera. Zaznaczam jednak, że jest to moje, bardzo subiektywne, odczucie.
W kwestii pierścieni nastaw obydwa obiektywy prezentują się podobnie. Zarówno Jupiter, jak i Helios, wyposażono w trzy pierścienie, których zastosowanie jest takie samo. Pierwszy pierścień (licząc od przedniej soczewki) służy do ustawiania maksymalnej wartości przysłony. Drugi (środkowy) pierścień domyka przysłonę do predefiniowanej wartości. Trzeci, jak już łatwo się domyślić, służy do ogniskowania (ostrości).
Nie śmiejmy się z drogowców
9 grudnia 2011 | Kategoria: Myślę sobie..., Praktyka | Komentarzy: 3
Z całą powagą apeluję, abyśmy przestali śmiać się z drogowców, których rokrocznie zaskakuje zima. Co prawda, zdarzało się, że i oni próbowali zimę zaskoczyć, ale kończyło się to zwykle tak, że piaskarki jeździły i sypały, a śniegu jeszcze przez wiele kolejnych dni nie było.
Mamci naturze łatwo jest się dać zaskoczyć. Kapryśna ona, jak to baba, jaja sobie lubić robi. I robi; nie tylko z drogowców, ale też z fotografów.
Chyba każdy miłujący fotografię facet, nawet jeśli skupia się na dziedzinach dalekich od natury, jest wrażliwy na grę kolorów, jaką serwuje niebo, chmury i pieszczące się z horyzontem słońce. Tę słabość natura raczy wykorzystywać, zaskakując nieprzygotowanych i bawiąc się widokiem ich bezsilności.
17 listopada – piękny zachód słońca
Czekając na kuriera, siedziałem sobie przed komputerem i dłubałem sobie w plikach jednego z bloków. W ramach krótkiego resetu umysłu zerknąłem sobie na fejsbuka, a tam, uwięziony w pracy kolega, bił na alarm, że słońce pięknie zachodzi i kto żyw winien pochwycić swój aparat w dłoń i pstrykać. Pstrykać. PSTRYKAĆ!!!
Z aparatem w dłoni wylazłem na balkon, westchnąłem zrezygnowany, ustawiłem ekspozycję i zrobiłem zdjęcie. Zaklinałem się, że następnym razem nie dam się tak zaskoczyć. Żebym chociaż sam nie siedział w domu… ale jak pech, to do końca.
9 grudnia – wspaniały wschód słońca
A trzy tygodnie później kolejny psikus-zaskakiwus ze strony natury, tym razem jednak z drugiej strony horyzontu. Wschód słońca, którego wyjątkowość zauważyłem kątem zmęczonego oka, kładąc się spać po długiej i intensywnie przepracowanej nocy.
Tak, jak siedziałem na łóżku: w samym podkoszulku i gatkach wybiegłem na balkon, oczywiście z aparatem w dłoni. Wiało, jak w przysłowiowym kieleckim, a ja, nie zważając na to, walczyłem z wycelowanym na wschód aparatem.


