Fotografem jesteś, czy matematykiem?

Tak się zastanawiałem nad wyznacznikami oceny zdjęć. Doszedłem do wniosku, że początkującemu łatwiej uzyskać aprobatę u najlepszych, u artystów, aniżeli u nieco bardziej zaawansowanych, ale też początkujących fotografów.

Początkujący są początkujący; stawiają te swoje pierwsze kroki i uczą się na opinii innych. „Nie ma złych uczniów, są tylko źli wychowawcy” – takie powiedzonko swego czasu usłyszałem. Sądzę, że jest w nim sporo prawdy. To nauczyciele wychowują, kształtują młodych, wpajając im filozofię i kształtując formy, na których w przyszłości powstaną nowe warsztaty.

Trochę chybione wydaje mi się oddawanie pod ocenę swoich prac ludziom, którzy sami zbyt wiele nie potrafią. Nie mają stylu, zataczają się pod ciężarem techniki i wszystko widzą przez ramy trójpodziału i wykres histogramu.

Pamiętacie literki z elementarza? Takich samych uczono Was w klasach zerowych i pierwszych szkoły podstawowej. Mała literka do linii grubej, wielka do cienkiej. To były podstawy, na których powstały miliony charakterów pisma. To samo jest w fotografii, to samo jest w jeździe samochodem, to samo w wielu innych zawodach. Jest fundament, na którym każdy buduje po swojemu.

Artyści patrzą gołym okiem, interpretują, starają się zrozumieć to, co widzą. Ci z mlekiem pod nosem przykładają formy i foremki, podstawiają do wzoru, obliczają i porównują, bo interesuje ich nie unikalność, charakter, jakiś ukryty przekaz, ale po prostu poprawność. Zwykła, pieprzona, szablonowa poprawność. Ma pasować do liniuszka, ma się mieścić w wykresie, ma się dać policzyć via znany już wzór.

Matematyka, królowa nauk… wszystko można obliczyć, policzyć, na wszystko ustalić wzór. Nawet dzieła sztuki, w tym obrazy i rzeźby, sprowadzono do wzoru, zawierając w liczbach m.in. tzw. doskonałe proporcje. No i co z tego?

Nie wierzę, aby udało się tę drogę pokonać od tyłu i dzieło sztuki stworzyć od liczb. Gotowy obraz obliczyć można, ale malować według wzoru?

Liczy się to, co artysta chce pokazać. Jeśli ma zamysł i potrafi go zrealizować, wtedy ci, którzy potrafią patrzyć patrzą, widzą, podziwiają, interpretują i dyskutują. Całej ślepej reszcie pozostaje dopasowywanie do wzorów i szablonów i krytykowanie lub milczenie. Rzemieślników jest od cholery, ale artystów znaleźć ciężko.

Czy wiesz, że robiąc zdjęcia tak, aby przypodobać się innym, wyzbywasz się własnego ja? Wyrzekasz się swojej indywidualności starając się być kolejną maszyną produkującą produkt, który będzie odpowiadał ogólnie przyjętym standardom?

Czy wiesz, że używając przyrządów pomiarowych do oceny twórczości innych, zabijasz tych ludzi? A wiesz, że oni mierząc Cię tą samą miarą robią Tobie to samo? Czy jest Ci wiadome to, że mordując siebie nawzajem ubijacie także to, co zaczynało w was kiełkować?

Czytaj całość…

Dzień prawdy skorumpowany przeciwko mnie

To zdjęcie poprawiło mi humor

To zdjęcie poprawiło mi humor

Taka jedna koleżanka moja prosiła mnie o zrobienie zdjęć ciekawych miejsc gminy Dębica, bo potrzebuje ich do swojej pracy magisterskiej. Ja, łasy na wszelkie okazje do fotografowania, rzecz jasna, zgodziłem się :) Tournee po gminie postanowiłem zacząć od Góry Śmierci (LINK dla tych, co nie słyszeli), bo i dla siebie chciałem to miejsce zrobić.

To jednak nie był mój dzień do robienia zdjęć. Wszystko szło mi do bólu na opak; 180 stopni inaczej, niż ja chciałem – z dokładnością do jednego stopnia. Ba, do jednej minuty! Cholerny, przeklęty, upierdiliwy dzień! Momentami aż śmiać mi się z mojej nieporadności chciało.

Albo była to wyjątkowo antyfotograficzna niedziela, albo ja zwariowałem, albo ktoś mi jakiegoś wirusa zapuścił do aparatu. Jak od niechcenia potrafię za pierwszym razem ustawić wszystko jak należy, tak wczoraj po omacku błądziłem niczym ślepy w labiryncie. Głupiego zdjęcia naświetlić nie potrafiłem, jak należy. A jak już z ekspozycją trafiłem, to znowu poziomica miała okazję nawrzucać mi od siebie.

Dobrze, że mam raw-y, to przynajmniej niektóre zdjęcia uda się odratować. Ale nie rozumiem tego: jak z dnia na dzień można stać się taką ofermą! Żeby odbijać się od -2,7EV do +1,3EV przy pomiarze matrycowym lub z priorytetem środka kadru i nie móc trafić… Gubiłem się w tych ustawieniach niesamowicie, a zimna krew, która pomogłaby mi opanować narastającą irytację, gdzieś się zapodziała. Jak totalny lamer, jak skończony, ultrazielony pstrykuś-fotuś nie potrafiłem żadnego ujęcia zrobić raz, a porządnie. Pomóc by mi mógł chyba najwyżej program tematyczny „góra śmierci w słoneczne, wrześniowe popołudnie”, włączone „wykrywanie obiektów strategicznych potrzebnych Justynie do pracy magisterskiej” z jednoczesną redukcją wpływu osoby trzymającej aparat.

Masakra… Chyba wezmę i jeszcze raz tam pojadę w tygodniu, bo na niektóre zdjęcia nie mam nawet sił patrzyć, a co dopiero dawać je komuś. Koleżeńska przysługa, więc przeszłaby jakakolwiek miernota, ale… no nie mogę! Nawet CPL nie działał tak, jak powinien. Co za dzień… wszystko na przekór, jakby jakaś wroga siła zapłaciła tej niedzieli za te wszystkie upierdliwości wyrządzone mojej skromnej, zagubionej osobie. Dupa. Po trzykroć: dupa!

Czytaj całość…

Szkoda migawki na zepsute zdjęcia

Pan młody za Warszawą

wesele w subiektywie

Ten, no… Mam kilka pomysłów na rozpoczęcie tego wpisu i trudno mi się zdecydować. „Od przybytku głowa nie boli”, jako jedno z polskich porzekadeł rzecze, jednak w przypadku opisanym w poprzednim zdaniu jest zgoła odwrotnie. I nie tylko nadmiar pomysłów na wstęp jest szkodliwy, bowiem nadmiar zdjęć, które ostatecznie i tak w koszu wylądują, również działa negatywnie.

Przed erą fotografii cyfrowej rządziły aparaty małoobrazkowe. Profesjonaliści i pasjonaci działali lustrzankami, przy czym w przypadku amatorów (zaawansowanych zwykle), o zakupie tego typu aparatu nie decydowała lepsza jakość zdjęć, jak to ma miejsce w świecie fotografii cyfrowej, ale możliwość kreatywnego fotografowania i stosowania różnych typów obiektywów. Jeśli ktoś nie potrzebował odbitek w formacie plakatu, to różnicy między zdjęciem zrobionym lustrzanką a fotką pstrykniętą kompaktem nie zauważał.

W dobie fotografii cyfrowej lustrzanka stała się synonimem jakości i lansu. Ceny między dobrą małpką a prostym w obsłudze lustrem są niewielkie, za to w kwestii jakości można mówić o przepaści. Kupują więc ambitni coraz to tańsze lustrzanki z trybami dla zielonych, detekcją mordek w kadrze i innymi ficzerami i pstrykusiają tysiące fotek, z których wszystkie są super, ale dziwnym trafem tych tysięcy zdjęć nikt po paru miesiącach czy latach nie ogląda. Z resztą z tych fotek niewiele w ogóle ostanie się na dysku czy innym nośniku danych, ponieważ zostaną one skasowane bo „nie wyszły”.

Nie wnoszę o wymaganie w sklepach pozwoleń popartych dyplomami ukończenia kursów fotograficznych od chętnego wejścia w posiadanie aparatu zwanego lustrzanką, bo nie za moje pieniądze i nie dla moich zdjęć to. Chcę natomiast zasugerować coś, co po opanowaniu i stosowaniu w praktyce okaże się być błogosławieństwem.

Po co pstrykać tysiące zdjęć, z których kilka do czegoś może się nada? Po co zapychać dyski gigabajtami bezmyślnych pstryków, skoro wystarczy odrobina samodyscypliny, by wirtualne kolekcje zdjęć zaczęły przypominać tradycyjny album ze zdjęciami 9×13, 10×15 czy tam nawet 13×18?

Świadkowa

wesele w subiektywie

Wystarczy przed naciśnięciem spustu migawki dwa razy pomyśleć, czy zdjęcie, które właśnie z byle powodu zamierzam pstryknąć, będzie do czegoś przydatne później. Karta pamięci, którą w każdej chwili można opróżnić (no, chyba że to WORM SanDiska) nie ogranicza, jak rolka filmu o długości 24 czy nawet 36 klatek.

Klisza kosztowała, wywołanie kosztowało, odbitki kosztowały, więc ludzie za aparatem zastanawiali się dobrze nad sensownością zrobienia „pstryk”. I dlatego tak niewiele zdjęć lądowało w koszu, a tak wiele trafiało do albumów, po które do dziś z przyjemnością się sięga. Strach liczyć zdjęcia usunięte z karty/dysku!

Każde kolejne pstryknięcie zbliża migawkę do nieuchronnej śmierci. Nie wszyscy to wiedzą, że ich aparaty mają określoną żywotność. Szczęście, jeśli uda się „załatwić” migawkę jeszcze w okresie gwarancyjnym – wtedy można liczyć na bezpłatny serwis producenta. Gorzej, jak bezmyślnie waląc zdjęcia – często niepotrzebnie całymi szybkimi seriami – migawki nie uda się wykończyć przed wygaśnięciem gwarancji. Analogi w rękach amatorów tego problemu nie miały, bo komu by się chciało robić kilka tysięcy rolek filmu, albo kogo byłoby na to stać? Dziś zrobienie tysięcy zdjęć niemalże nic nie kosztuje.

A gdyby tak zastanawiać się dobrze nad każdym zdjęciem… no co by wtedy było? Ano byłyby same dobre ujęcia. Nie da się robić samych super, bo każda seria – bez względu na jej poziom – będzie miała jeden lub dwa kadry zdecydowanie wybijające się ponad resztę. Niemniej takie przemyślane prace nie wylądują w koszu, a będzie ich mniej, niż głupich pstryków. Nie ilość, a jakość.

Czytaj całość…

Zboczenia zawodowe – moje i Wasze

zboczenia zawodowe fotografów

Podczas widowiska tanecznego „Adept i mistrz” moją uwagę przykuł facet z analogiem

Nie od dziś wiadomo, że niektórzy mają skłonność do postrzegania świata przez pryzmat swojej pracy lub pasji. Ja mam to szczęście, że moje pasje są moją pracą; żyję nimi każdego dnia, nawet wtedy, gdy zajęty jestem czymś zupełnie innym. Często łapię się na tym, że najzwyklejsze, najbardziej błahe i prozaiczne elementy codzienności potrafię przetwarzać przez pryzmat fotografii lub komputera.

Bardzo często – no dobra: chyba za każdym razem – oglądając relacje z jakiś medialnych wydarzeń łapię się na tym, że moją uwagę od tematu relacji odciągają reporterzy widoczni gdzieś na obrzeżach obrazu z kamery. Transmisje z meczów piłkarskich czy walk bokserskich zdecydowanie przegrywają bój o moje zainteresowanie z aparatami i przymocowanymi doń ludźmi. Muszę się przyjrzeć sprzętowi, rozpoznać jego model, a jeśli jest szansa, to i przyjrzeć się dokładnie pracy człowieka działającego obserwowanym sprzętem. Często przez to przegapiam piękne akcje, bramki czy knock downy i pozostają mi powtórki – najlepiej z kilkudziesięciosekundowym wyprzedzeniem kluczowego momentu, żeby zdążył załapać, co się działo, kiedy ja gapiłem się na sprzęt foto.

Zdarza się też, że gdy ktoś pokazuje mi jakiś obiekt, ja zamiast skupić na nim swoją uwagę zastanawiam się nad lepszą perspektywą i jak bym skadrował to, co widzę. Nieraz też roztrząsam, czy daną scenkę lub obiekt udałoby się zmieścić w wybranym wcześniej obiektywie. Powinienem też załatwić sobie monokl z kołowym filtrem polaryzacyjnym, bo przecież niebo z białymi chmurkami jest głównie po to, aby pięknie wyglądało widziane przez CPL.

Czytaj całość…

Jeszcze trochę streetu z Gdańska

automat do zamieniania pieniędzy na 2 zł przed fokarium na Helu

Się zaciął automat do zamieniania kasy na dwuzłotówki, którymi płaci się bramie. To akurat zrobione na Helu, umieściłem drogą wyjątku, bo sporo wysiłku mnie ten kadr kosztował

Czytaj całość na fotoblogu…