Co masz na myśli mówiąc, że…?

Jest sobie noc z soboty na niedzielę. Późna pora, ale dla mnie najlepsza. Sączę sobie piwo, z głośników sączy się smooth jazz (tu pozdrawiam czytelniczkę o wdzięcznym pseudonimie „Głos”), a przez ftp na serwer wsączają się pliki nowej wersji WordPressa… Życie.

Jak tylko uświadomiłem sobie, że to wszystko wokoło jest takie rutynowe, włączył się w mojej głowie mechanizm odpowiedzialny za profil „coś się w końcu dzieje”. Pomyślałem o tym, że fajnie byłoby w końcu skrobnąć coś na Wsubiektywie. Kilka tematów mam w notatniku, wystarczy rozwinąć…

Chyba w tej samej chwili moje oczy powędrowały w kierunku półki, na której kilka zacnych rolek filmu 135 czeka na swoją kolej. Dwie kolorowe i dwie czarno-białe. Dwa Kodaki, Agfa i Ilford. Skupiłem się na nich, machina myśli ruszyła pełną parą.

Kolorowe klisze
Skanowanie kolorowych negatywów sprawia mi sporo problemów. Ciężko jest mi złapać odpowiednią tonację, którą od biedy można nazwać balansem bieli. Z jednej strony poszukiwanie najbardziej neutralnych ustawień, z drugiej charakterystyczne dla danej błony kaprysy kolorystyczne. Nie umiem, idzie mi to bardzo opornie, a dopiero po zeskanowaniu ostatniej rolki wpadłem na to, że skany mogę zapisywać jako cyfrowe rawy i obrabiać później w RawTherapee.

Czarno-białe klisze
Ilford XP2 400 i Kodak BW400CN. Jeden i drugi do wołania w procesie c-41, bo zależało mi na czasie i pewności, kiedy testowałem aparaty. Kolejne kupię już do tradycyjnego procesu i też będą one czarno-białe. Bo lepiej sobie z nimi radzę.

I tak doszliśmy do punktu, w którym wstęp dotyka tytułu tekstu. Co masz na myśli mówiąc, że… fotografia czarno-biała jest trudniejsza od kolorowej?

Od kilku osób to stwierdzenie słyszałem. I co z tym zrobić? Podzielać je, bo muszą mieć rację? Samodzielnie szukać uzasadnienia? A może poprosić o wyjaśnienie, dlaczego tak uważają? Bo ja, na podstawie swoich dotychczasowych doświadczeń, mam zupełnie inne zdanie. Dla mnie fotografia kolorowa jest problemem, a czarno-białe zdjęcia… pracuje mi się z nimi z przyjemnością!

Jeden z nielicznych przykładów, kiedy brak uzasadnienia jest karany ;)

Jeden z nielicznych przykładów, kiedy brak uzasadnienia jest karany ;)

O co chodzi? O to, że kolorowe klisze wywołuje się w labie, a cz-b w koreksie w zaciszu własnej łazienki? Czy dlatego, że w cz-b trzeba kompozycję podporządkowywać czarnym i białym plamom, podczas gdy barwne kadry z tego zwalniają? Dlaczego? A może dlatego, że na kolorowe zdjęcia są gotowe mieszanki fotoszopowych sosików, a czarno-białe najpierw trzeba umiejętnie wyprowadzić ze stanu szaro-szarego, co nie dla każdego jest sprawą prostą?

Czytaj całość…

Historia pewnej (zerwanej) znajomości

Głupia sprawa...

Głupia sprawa...

Tak sobie myślę, że ego posiadacza cyfrowej lustrzanki jest odwrotnie proporcjonalne do jego umiejętności. Szczególnie na etapie, kiedy zdjęcia wychodzą i są lepsze niż z kompaktu, ponieważ robione są lustrzanką.

Mam… wróc! Na dzień dzisiejszy powinienem używać czasu przeszłego. Zatem: miałem koleżankę. Poznaliśmy się kilka dobrych lat temu; dużo śmiechu, żartów, wygłupów, które później chętnie wspominaliśmy. Zapamiętałem ją jako wiecznie wyluzowaną laskę. Beztroskie lata jednak minęły i większość znajomych porozjeżdżała się w różne strony świata: uczelnie wyższe w innych miastach, emigracja…

W czasach boomu na Naszą-Klasę odnaleźliśmy się w tym serwisie i znowu, tym razem za pośrednictwem wiadomości prywatnych, powspominaliśmy stare czasy. Wniosek z tego krótkiego dialogu wyciągnąłem jeden: „nic się nie zmieniła”.

W końcu jednak usunąłem konto z Naszej-Klasy, bo zaobserwowałem pierwsze symptomy zaczynającej się tam robić szopki.

Minęły chyba ze dwa lata, kiedy ponownie nasze drogi zeszły się w serwisie społecznościowym. Tym razem był to Facebook. Zaproszenie do znajomych – akceptacja i w sumie tyle. Żadnych wiadomości, bo i po co? Owa „była” koleżanka gdzieś za granicą teraz mieszka, ma lustrzankę (stawiam na Sony Alfę) i każdego dnia robi setki najlepszych – w jej mniemaniu – zdjęć.

Heh, sam pamiętam to uczucie, kiedy ciężko było ze stosu kiepskich, lub najwyżej średnio-kiepskich, zdjęć wybrać najlepsze. Albo niezłe ujęcie wyszło, albo niezły obiekt się złapało, albo tryb auto sprawił miła niespodziankę i coś fajnego wyszło… Wróćmy jednak do mojej”byłej” koleżanki.

Ostatnio, właściwie każdego dnia, publikowała albumy, z których każdy liczył po ponad 100 fotek. A to jakieś drzewka, a to widoczki, to znów budynki, różne detale, a czasem nawet ktoś znajomy… Wszystkie te zdjęcia miały jeden wspólny mianownik: były niezbyt ciekawe. Czemu? Chyba głównie przez ich ilość, nieodparte wrażenie przypadkowości i dublowanie tych samych scen. A to pięć kiepskich opcji na zdjęcie tego samego budynku, a to sześć różnych wariantów „obrupki” tego samego zdjęcia… Itd itd itd.

Z jednej strony zabawne, a z drugiej przerażające. Miałem wrażenie, że chęć pokazania jej zajebistości wydawała się być większa, niż parcie na doskonalenie umiejętności. „Kiedy ona znajdzie czas na przeanalizowanie tych pstryków? Przy tak taśmowej produkcji migawka nie dotrwa momentu osiągnięcia kolejnego szczebla wtajemniczenia. Ale co mnie to… Nie wtrącam się, jej sprawa, może sama do wszystkiego dojdzie” – myślałem.

I tak, dzień po dniu, przybywały kolejne albumy – kolejne setki samych najlepszych zdjęć z niepisaną etykietką „chwały godne, arcyciekawe, zakaz krytykowania”. W końcu na tablicy ktoś z jej znajomych skomentował kolejny jej album stwierdzeniem, że upychając tyle zdjęć zepsuje Facebooka. Nie wiem, ile w tym było aluzji zbiegającej się z tym, co sam myślałem, ale temat ktoś jeszcze podchwycił i ogólny sens wątku można było zatytułować: „za dużo zdjęć”.

Postanowiłem pociągnąć temat nieco mocniej w stronę swoich spostrzeżeń, skoro już ktoś go zaczął. Dorzuciłem własne trzy grosze pisząc, że lepiej wybrać 5-10 najlepszych zdjęć z całej serii, niż wrzucać setki podobnych do siebie plików, których nie każdemu chce się nawet przeglądać. Po kilku godzinach ponownie wlazłem na fejsbuka z zamiarem sprawdzenia, czy coś mi odpisała.

Żadnego powiadomienia o nowych komentarzach w wątku jej nowego albumu nie zastałem. Żadnej PW. Nie wykluczałem jednak, że przewrażliwionego fociografa taki komentarz może dotknąć do żywego i może on taki komentarz po prostu usunąć. Byłem blisko, ale… nie doceniłem jej, bo… usunęła nie komentarz, nie album, ale mnie ze znajomych :)

Czytaj całość…

Fotografia jest jak kobieta

Fotografia jest jak kobieta

Fotografia jest jak kobieta

Często szukam analogii między fotografią, a innymi składowymi mojego świata. Kiedyś zajmowałem się muzyką, czym przy okazji zaszczepiłem brata; on nadal tworzy dźwięki, podczas gdy ja kąpię się w morzu fotografii. Zdarza się, że brat prosi mnie, bym swoim wrażliwym uchem sprawdził brzmienie jego najnowszej produkcji. Słucham uważnie, dźwięki starając się wizualizować.

Co widzę, gdy słyszę? Widzę obraz; bliżej nieokreślone kształty, ale wyraźne są barwy i kontrasty… Dźwięki o wysokich częstotliwościach postrzegam jako biel i zbliżone jej odcieniem szarości, z kolei tony niskie są czernią i głębokimi cieniami. Dzięki takiej wizualizacji jestem w stanie bardzo łatwo wskazać mankamenty nagrania i dokładnie określić, co należy poprawić. Słyszę przepały, słyszę zgaszone przepały, słyszę nadmiar średnich, widzę kompresor… Krótko mówiąc: potrafię słyszeć fotografię i widzieć muzykę. Pod pewnymi względami są one takie same.

A co łączy kobiety i fotografię? 5 wspólnych typów kobiet i zdjęć. Oto i one:

1) Choinkowa bombka – to kobieta tak pusta w środku, jak efektowna na zewnątrz. Bogato zdobiona lub tylko oddająca obraz swojego otoczenia, w dodatku mocno zniekształcony. Czasem pół na pół, jednak zawsze atrakcyjna, ozdobna, skupiająca na sobie wzrok.

Fotografia będąca odpowiednikiem kobiety-bombki jest demem upiększających efektów graficznych. Potężna warstwa makijażu kryje pustkę: gdyby zdjąć te wszystkie świecidełka i mazidełka, okazałoby się, że pod nimi nic ciekawego nie ma. Żadnej sensownej treści. Zero, null! Po co komu taka kobieta? Chyba tylko na ozdobę, bo do prezentacji ciuchów wystarczy manekin.

2) Wspaniały prezent pod choinką – opakowanie tak efektowne i ładne, że aż żal je niszczyć! Ale trzeba, bo bez tego nie ujrzy świata to, co znajduje się w środku. Oto kobiety wartościowe; inteligentne, z zasadami, godne zaufania, na których w życiu można polegać. Mają tylko jedną wadę: próżność. Muszą się grubo malować, efektownie stroić i poprawiać swoje ciało, czym tworzą powłokę, przez którą nie każdemu uda się przebić. Lub nie każdemu chce się przebijać, albo też nie każdy dostrzeże, że jest się po co przebijać. Lepiej zostawić; niech sobie ładnie wygląda.

Dobre zdjęcie też można spaprać niepotrzebnym tuningiem. Śmieją się gęby na samo brzmienie hasła „wiejski tuning”, a czymże on jest, jeśli nie efektem nieudolnych prób poprawienia fabryki? Skoro coś powstało takie, a nie inne i nie powstało przypadkiem, to po co robić z tego foto-szopkę? Tuningować trzeba umieć; tuning ma podnosić „naturalne” walory, a nie je neutralizować.

Czytaj całość…

Konflikt pokoleń dotyczy również fotografów

Czytaj całość na fotoblogu…

Najlepsze ujęcia* trzeba sobie wychodzić

Gdyby wszyscy pracujący aparatem tak czynili, część z nich pewnie za swoje usługi kazałaby sobie płacić od kilometra. Bo fotografia, to kolejna broszka, w której liczy się praca nóg. Smutna to i brutalna prawda dla wygodnickich, ale fakt jest faktem: do zestawu ćwiczeń doskonalących fotograficzny warsztat trzeba dorzucić bieżnię. Nie ma, że boli! Zalać klejem zoomy i zacząć chodzić!

Tiaaa, obiektywy zmiennoogniskowe są cholernie wygodne. Najlepiej te z zakresu 18-200mm. Czemu jeszcze nikt nie zrobił multi-hiper-ultra zooma, takiego powiedzmy od ósemki po okrągły tysiączek. Przecież wtedy wszystkim żyłoby się lepiej! Zamiast łazić wte i wewte, taszczyć ze sobą kilogramy obiektywów, wystarczyłoby z takim jednym 8-1000mm (f/3,6-16 ;)) usiąść sobie wygodnie i kręcąc pierścieniem ogniskowej kadrować nie ruszając się z miejsca. Czyż nie? Ano… nie.

Założę się, że są i tacy, którzy nie mają świadomości tego, że wraz ze wzrostem ogniskowej maleje kąt widzenia. Takim wydaje się, że robiąc zuuuum + pstryk otrzymają to samo, co robiąc pstryk z bardzo bliska. Otóż wcale tak nie jest. Dłuższa ogniskowa = węższy kąt = mniejszy fragment tła. I spłaszczona perspektywa.

Kąt widzenia jest kluczowym parametrem, którym każdy szanujący się fotograf powinien umieć operować. Ogniskowa i przysłona – na nich skupia się większość. Nieco rzadziej priorytetem jest czas migawki. Jak często ogniskowa postrzegana jest w kontekście głębi ostrości i minimalnego czasu migawki, tak często nie docenia się jej roli w kompozycji i plastyce zdjęcia.

Warto to sobie uświadomić, pamiętać o tym i uczyć się z tego korzystać. Odpowiednie operowanie ogniskową w celu kontroli kątów widzenia (zoom w nogach) sprawi, że zdjęcia będą ciekawsze, kadry lepiej zagospodarowane, a fotograf bardziej zadowolony :)

Kto powiedział, że im dłuższa ogniskowa w portrecie, tym lepiej? Ten, komu zależy na możliwie najpłytszej głębi ostrości i pal licho tło. Mała głębia ostrości w portrecie – z tym się mogę zgodzić, ale też pod pewnymi warunkami (o portrecie napiszę innym razem). Jeśli komuś zależy na zrobieniu komuś portretu w plenerze z jednoczesnym zneutralizowaniem tła, niech fotografuje nawet i teleskopem.

Czytaj całość…