Jak fotografować ludzi i scenki rodzajowe?

Marzą Ci się klimatyczne, pełne emocji i naturalności zdjęcia, na których bez skrępowania uwieczniłaś/eś obcych ludzi? Ludzi, którzy nie byli speszeni widokiem Twojej osoby trzymającej aparat fotograficzny skierowany w ich stronę – nawet z bliska?

Jeśli tak, to podpowiem Ci, w jaki sposób możesz znacząco ułatwić sobie zdanie. Podpowiem, bowiem pełną odpowiedź udzielisz sobie sam(a). Dwie banalne historyjki pomogą Ci w tym. Oto one.

Jest sobie zlot miłośników pojazdów militarnych, który bardzo chcesz uwiecznić w wyjątkowy sposób. Nie interesuje Cię fotografowanie wystawy, oficjalnej parady czy innych atrakcji wpisanych w oficjalny grafik imprezy. Chcesz czegoś unikalnego, wyjątkowego…

Jesteś na miejscu z dużą, czarną torbą na ramieniu i swoją lustrzanką w dłoni. Z dodatkowym gripem, dużym, jasnym obiektywem i niemałą lampą błyskową sterczącą w sankach aparatu czyhasz na swoją szansę. Tak, z tak doskonałym zestawem do robienia doskonałych zdjęć wystarczy tylko polować.

Przechodzisz obok maszyn stojących w rzędach i szukasz zakamarków, w których czają się takie scenki, o jakich zgromadzona publiczność nawet nie próbuje myśleć. Kręcisz się, obserwujesz, łazisz szukając najlepszej perspektywy…

W końcu unosisz aparat do góry, maleje odległość między okiem i wizjerem i… bach! Ludzie, których chciałeś uchwycić najnaturalniej, jak się da, dostrzegają Ciebie i Twój wielki aparat i spłoszeni tracą cały ten swój luz i swobodę. Klniesz pod nosem, ale nie pozostaje Ci nic innego, jak zapomnieć o wizji zdjęcia sprzed chwili i najwyżej możesz spróbować porozmawiać z nimi – a nuż zechcą pokazać Ci coś, czego inni nie widzieli?

Czytaj całość…

Jaki aparat jest najlepszy?

Przypomniało mi się, jak podczas jakiejś imprezy, którą uwieczniałem sobie na zdjęciach, podszedł do mnie chłopaczek i zagadał. Zadał pytanie w stylu „jak mi się fotografuje”, a obczaiwszy mój sprzęt zapytał, jak się mój Olympus sprawuje. „Dobrze” – bo co niby miałem mu odpowiedzieć?

– Nikon jest najlepszy – wypalił.
– A bo ja wiem…
– No to jaki jest najlepszy?
– To zależy…
– Mój brat ma Nikona i mówi, że to najlepszy
– To nie do końca tak jest, bo Canon z wyższej półki będzie lepszy od Nikona z niższej, a poza tym…
– Ale ogólnie to Nikon jest najlepszy!

I gadaj tu z takim. Sam miał Nikona D60 (w owym czasie nowość), ale nie uważał go za najlepszego, bo najlepszego Nikona miał jego brat. Czy chciałby mieć takiego? Nie chciałby, bo nie umiałby go obsługiwać. Czyli swojego też nie umie, ale to nieważne, bo Nikon brata jest najlepszy.

Próbowałem mu wytłumaczyć, że sprzęt to tylko narzędzie, które musi być dopasowane do posługującego się nim i wymaga umiejętności, które pozwolą jak najlepiej wykorzystać potencjał drzemiący w tym sprzęcie. Dobry Nikonowiec jego D60 zrobi lepsze zdjęcia, niż jakiś ciamajda D700 jego brata.

Fotografia jest jak sport wyczynowy, gdzie sportowiec musi być perfekcyjny we wszystkim co robi. Musi mieć technikę, doskonale czuć sprzęt i miejsce, w którym rywalizuje z innymi. Fotografia jest jak sex, który wymaga czegoś więcej, niż dotykania punktów A, B, C w jakiejś tam kolejności.

Najlepszy aparat to taki, który dobrze leży w ręce i posłusznie realizuje pomysły fotografa. Nieważne ile kosztował. Ważne, ile potrafi w duecie z fotografem.

W obliczu kiczu fotografia jest jak radio

Już jakiś czas temu zauważyłem, że z dużą łatwością przychodzi mi odnajdywanie analogii między różnymi zjawiskami. Porównywałem fotografię do kobiety (klik), a charakterystyką aparatów fotograficznych pokryłem charakterystykę samochodów (klik). Dziś natomiast – dosłownie przed chwilą – w mojej głowie kolejny raz zapaliła się kontrolka informująca o uchwyceniu analogii.

Wiele razy wspominałem o tym, jak strasznie drażni mnie głupota i płycizna w fotografii i o tym, że mam cholerną alergię na tandetę i kicz. Teraz dodam, że na podobne symptomy chałtury – dyktowanej zwykle komercyjnym charakterem – reaguję podobnie również w innych aspektach codzienności.

Kiczem trąci wszystko, co jest komercyjne, masowe; co ma świecić i przyciągać formą, nęcić otoczką i łatwo zdobywać odbiorców/nabywców. Muzyka, film, stacje radiowe, kulinaria, programy telewizyjne, fotografia…

Wszystko to jest teraz niesamowicie płaskie, niesamowicie płytkie i niesamowicie sztuczne, ale takie same są też umysły ludzi, którzy ten plastik łykają. Płaski, sztuczny obraz w spłaszczonych, szukających iluzji oczach przyjmuje się jednak, ponieważ poddany jest zabiegom mającym na celu nadanie realizmu wszystkiemu, co jest go pozbawione.

Technologia 3D próbuje udawać rzeczywistość, a towarzyszący jej, wielowarstwowy, kolorowy lukier jest tak skonstruowany, by niedociągnięcia obecne w jednej warstwie polewy były tuszowane przez pozostałe warstwy, lub żeby uwagę od tych niedociągnięć skutecznie odwracały wszechobecne fajerwerki. Wielu to kupuje, łyka i wraca po jeszcze. Nikt nie myśli, bo każdy patrzy i nikt nie zauważa, bo każdy zaślepiony jest absurdem.

Rzeczywistość jest zbyt trudna, a samodzielne myślenie jest passé

Proces wychowywania odbiorców coraz większego kiczu trwa długo i przebiega etapami. Ludzi odmóżdża się stopniowo, coraz bardziej i bardziej, uzależniając od dziadostwa i wtłaczając w ich mózgi przekonanie, że właśnie to dziadostwo jest zajebiste. W porównaniu do trójwymiarowej iluminacji, rzeczywistość – ta prawdziwa – jest szara, nieciekawa, nudna, trudna do ogarnięcia i sprzeczna z marzeniami. Bo logicznym jest, że ludzie pójdą w tę stronę, w której spodziewają się spełnienia swych pragnień. Nie mogąc wyjechać do Irlandii zapragną stworzyć ja u siebie. W radosnym, kolorowym świecie złudzeń wszystko jest proste, podane na tacy, takie… wyreżyserowane. Nic, tylko brać, żreć i wołać o dokładkę.

Czytaj całość…

Winieta, czyli efekt winietowania na zdjęciach

Wikipedia rzecze:

Winietowanie – wada obrazu uzyskiwanego w urządzeniu optycznym, polegająca na niedoświetleniu brzegów kadru, spowodowana niedoskonałością optyki urządzenia, zakłóceniem brzegów toru optycznego innymi elementami urządzenia lub też wywołana nieodpowiednim oświetleniem. W niektórych przypadkach winietowanie jest celowo wprowadzanym efektem artystycznym, mającym zwrócić uwagę na środku kadru.

Ja dodaję:

Efekt najczęściej spotykany w kiczowatych zdjęciach, dodawany bez sensu, bez znajomości przyczyn jego powstawania w warunkach naturalnych, używany bezmyślnie, „bo mi się podoba”, podważający posiadanie dobrego gustu przez stosującego go obrabiacza zdjęć. Większość zdjęć z winietą otrzymała ją na etapie edycji zdjęć w programach graficznych, które efekt ten posiadają (od darmowego PhotoScape do płatnego Photoshopa – tu ciekawostka: legalne wersje softu Adobe również go posiadają).

Tyle zjadliwości, czas rozpisać, o co dokładnie mi chodzi.

Producenci obiektywów palą się ze wstydu, kiedy okazuje się, że ich obiektywy mają skłonności do winietowania. Szerokie kąty, tulipany (osłony przeciwsłoneczne) czy nawet za bardzo wystające gwinty mocowania filtrów – one wszystkie są najczęstszymi przyczynami winiety, która równomiernie zaciemnia rogi zdjęcia.

Nie, nie zamierzam walczyć z winietowaniem. Podoba mi się ten efekt, ale tylko wtedy, kiedy spełnia podstawowy warunek: nie wygląda kiczowato. A wygląda, jeśli, wygląda sztucznie. A wygląda sztucznie, jeśli:

  • – Pokrywa 60% powierzchni kadru wykonanego teleobiektywem (no, chyba, że ktoś zdjęcia robi przez dwumetrową rurę, to może się wykłócić)
  • – Jest biała – zdjęcia z winietą robione w negatywie mają prawo do winiety w kolorze białym, ale cyfrowe zdjęcia z winietą w kolorze białym? Fotokicz, jak od negatywu do slajdu. Biała, dodana sztucznie, podoba mi się jedynie na zdjęciach zrobionych w technice high-key – ale też pod warunkiem, że użyta jest z wyczuciem.
  • – Jest koślawa i najmniej intensywna w punkcie, który autor takiego kiczu chciał podkreślić. Jeśli zrobił zdjęcie, na którym nie widać tego, co chciał pokazać, niech lepiej zrobi strzałki: dzięki nim w mniejszym stopniu ucierpią elementy znajdujące się w dalszym otoczeniu podkreślanego tematu zdjęcia.
  • – Została dodana na samym końcu – wyobraźcie sobie zdjęcie z intensywnie nałożonym efektem cross-processingu i czarną winietą. Niebiesko-fioletowo-zielone cienie i szaro-czarne rogi. Koszmar!
  • – Wygląda idiotycznie. Po prostu. Widziałem naprawdę zajebiste zdjęcia, lecz spieprzone winietą, która pasowała tam mniej, niż ślepemu telewizor Full HD. Świetne prace, ujęcia, że paluchy lizać, ale bezsensownie użytymi efektami sprowadzona do poziomu kiczu. Taki wiejski tuning, no…

Czytaj całość…

Zdjęcia z dzieciństwa – dzisiejsze dzieci będą mieć przewalone

Porządkowałem sobie zdjęcia na dysku i tak, od folderu do folderu, dotarłem do zapomnianego już katalogu podpisanego „Skanowane”. Nie miałem bladego pojęcia co się w nim może znajdować: mogły tam być zarówno negatywy sprzed kilku lat, mogły być skany starych fotografii teściów, które swego czasu reperowałem, mogło być też kilka innych zestawów zdjęć. Zajrzałem więc do środka.

No tak: opcja pierwsza (skany z analogowej małpki) z małym gratisem w postaci skanu odbitki, której autorem jest mój tato. O tym kompletnie zapomniałem, a gdyby nie fakt, że to mój komputer i mój dysk, ośmieliłbym się stwierdzić, że nie miałem pojęcia, iż ktoś to zdjęcie w ogóle zeskanował. Test skanera? Możliwe. Rozdzielczość malutka, więc zeskanuję je raz jeszcze, aby umieścić je ponieżej tego akapitu. O, właśnie tu:

Ja, czyli autor niniejszego bloga - ponad ćwierć wieku temu :)

Ja, czyli autor niniejszego bloga - ponad ćwierć wieku temu :)

To ja. Zdjęcie zrobił mój tato swoim Zenitem TTL i Heliosem, którego modelu do dziś nie mogę rozgryźć. Nie pamiętam napisów okalających przednią soczewkę, za to jestem niemal pewien, że z przodu przypominał model 44-2. Tylko, że nie mógł to być 44-2, bowiem posiadał przełącznik A/M i przysłonę, która domykała się stopniowo (nie płynnie). 44-3? Wygląd mi nie pasuje. 44M? Nie ten wygląd. Ach, ci Rosjanie…

Anyway. Zdjęcie, jak już wspomniałem, zrobił mój tato. Zrobił, wywołał film, zrobił odbitki, tym samym utrwalając moje dzieciństwo w formie czarno-białego obrazka. Gapię się na to zdjęcie i radochę z niego mam. W sumie, gdyby było mnie dwóch i siedziałbym obok siebie, to obśmiałbym to zdjęcie wzdłuż i wszerz. Ta fryzura, ta butla, ta mina i poza… hahaha!

Radochę mam z tych zdjęć. Jest ich niewiele, raczej nie więcej, niż setka z całego przedszkolnego dzieciństwa. Zerówka i wczesna podstawówka, to już etap kolejny: więcej fotografów, kolorowe zdjęcia, miejsca i wydarzenia mniej spontaniczne, niż te, kiedy na liczniku miałem nie więcej, niż pół dekady.

Czytaj całość…