Potrzeby podglądu niewywołanej kliszy

Zeszłoroczne łażenie w noc mroźną i głuchą

Zeszłoroczne

Spadł śnieżek i zaświeciło słonko, więc mrozik śnieżkowi przybył z odsieczą. Zima. Śnieg, lód i mróz. Termometr pokazywał dwie cyfry na minusie, a ja zastanawiałem się, skąd poprzedniej zimy brałem motywację, aby w jeszcze gorszych warunkach łazić godzinami po mieście?

Na to pytanie bezpośrednio odpowiedzi nie otrzymałem, ale motywacja, aby ruszyć tyłek na ten mróz i tak się znalazła. Po pierwsze: awizo. Po drugie: remont u sąsiadki. Od samego rana kucie udarowym młotem i w efekcie przyczepka gruzu. Nie wiem, co tam te dwa piętra niżej się działo, ale w mieszkaniu nie dało się wytrzymać. Byłem pewien, że to sąsiedzi mieszkający nade mną, albo jeszcze nad nimi – tak ten łoskot i drgania żelbetowe ściany niosły.

Po popołudniowej kawce sięgnąłem po Porsta, zainstalowałem rolkę Agfa Vista Plus 200 z limitem dwóch tuzinów klatek, wkręciłem Beroflexa i chowając Heliosa w kieszeń wyszedłem na mróz.

Obok trzepaka spotkałem sąsiadkę z prześmiesznym psem: dużym, białym pudlem, do złudzenia przypominającym krótko przystrzyżoną owieczkę. Podczas krótkiej, sąsiedzkiej pogawędki zrobiłem piesowi trzy zdjęcia. Na żadnym z nich nie udało mi się zamrozić pudla w ruchu, ale nic to; do trzech razy sztuka, więc może choć jeden kadr będzie ciekawy. Cyfrakiem byłoby łatwiej: automaty, serie, podglądy…. Głupia klisza. Głupi analog. Głupi pies. Nie mógł na chwilę stanąć w miejscu? To, że człowiek czasem przykucnie nie oznacza od razu, że zamierza się bawić.

Ledwie schowałem aparat i poszedłem dalej, przyszło mi powtórzyć rytuał spod trzepaka: wyjąc aparat, poustawiać trochę i uwiecznić kolejny ciekawy obiekt. Tym razem był to śmietnik, który w zeszłym roku wybudowano, a kilka dni (tygodni?) temu… zburzono. Sprawa wpół zburzonego śmietnika zagadką trąci, bowiem śmietnik mieścił w sobie cztery odkryte kontenery na kółkach, a tu nagle przyjechała śmieciarka z wielkim kontenerzyskiem (o sześciokątnym przekroju) i prawdopodobniej cofając wpierniczył się w ten świeżutki śmietnik. Inaczej tego nie da się wytłumaczyć. Trzy różne kadry z trzech różnych stron i dalej spacerkiem w kierunku poczty.

Zimno… Zimno. Zimno!

Czytaj całość…

Historia pewnej (zerwanej) znajomości

Głupia sprawa...

Głupia sprawa...

Tak sobie myślę, że ego posiadacza cyfrowej lustrzanki jest odwrotnie proporcjonalne do jego umiejętności. Szczególnie na etapie, kiedy zdjęcia wychodzą i są lepsze niż z kompaktu, ponieważ robione są lustrzanką.

Mam… wróc! Na dzień dzisiejszy powinienem używać czasu przeszłego. Zatem: miałem koleżankę. Poznaliśmy się kilka dobrych lat temu; dużo śmiechu, żartów, wygłupów, które później chętnie wspominaliśmy. Zapamiętałem ją jako wiecznie wyluzowaną laskę. Beztroskie lata jednak minęły i większość znajomych porozjeżdżała się w różne strony świata: uczelnie wyższe w innych miastach, emigracja…

W czasach boomu na Naszą-Klasę odnaleźliśmy się w tym serwisie i znowu, tym razem za pośrednictwem wiadomości prywatnych, powspominaliśmy stare czasy. Wniosek z tego krótkiego dialogu wyciągnąłem jeden: „nic się nie zmieniła”.

W końcu jednak usunąłem konto z Naszej-Klasy, bo zaobserwowałem pierwsze symptomy zaczynającej się tam robić szopki.

Minęły chyba ze dwa lata, kiedy ponownie nasze drogi zeszły się w serwisie społecznościowym. Tym razem był to Facebook. Zaproszenie do znajomych – akceptacja i w sumie tyle. Żadnych wiadomości, bo i po co? Owa „była” koleżanka gdzieś za granicą teraz mieszka, ma lustrzankę (stawiam na Sony Alfę) i każdego dnia robi setki najlepszych – w jej mniemaniu – zdjęć.

Heh, sam pamiętam to uczucie, kiedy ciężko było ze stosu kiepskich, lub najwyżej średnio-kiepskich, zdjęć wybrać najlepsze. Albo niezłe ujęcie wyszło, albo niezły obiekt się złapało, albo tryb auto sprawił miła niespodziankę i coś fajnego wyszło… Wróćmy jednak do mojej”byłej” koleżanki.

Ostatnio, właściwie każdego dnia, publikowała albumy, z których każdy liczył po ponad 100 fotek. A to jakieś drzewka, a to widoczki, to znów budynki, różne detale, a czasem nawet ktoś znajomy… Wszystkie te zdjęcia miały jeden wspólny mianownik: były niezbyt ciekawe. Czemu? Chyba głównie przez ich ilość, nieodparte wrażenie przypadkowości i dublowanie tych samych scen. A to pięć kiepskich opcji na zdjęcie tego samego budynku, a to sześć różnych wariantów „obrupki” tego samego zdjęcia… Itd itd itd.

Z jednej strony zabawne, a z drugiej przerażające. Miałem wrażenie, że chęć pokazania jej zajebistości wydawała się być większa, niż parcie na doskonalenie umiejętności. „Kiedy ona znajdzie czas na przeanalizowanie tych pstryków? Przy tak taśmowej produkcji migawka nie dotrwa momentu osiągnięcia kolejnego szczebla wtajemniczenia. Ale co mnie to… Nie wtrącam się, jej sprawa, może sama do wszystkiego dojdzie” – myślałem.

I tak, dzień po dniu, przybywały kolejne albumy – kolejne setki samych najlepszych zdjęć z niepisaną etykietką „chwały godne, arcyciekawe, zakaz krytykowania”. W końcu na tablicy ktoś z jej znajomych skomentował kolejny jej album stwierdzeniem, że upychając tyle zdjęć zepsuje Facebooka. Nie wiem, ile w tym było aluzji zbiegającej się z tym, co sam myślałem, ale temat ktoś jeszcze podchwycił i ogólny sens wątku można było zatytułować: „za dużo zdjęć”.

Postanowiłem pociągnąć temat nieco mocniej w stronę swoich spostrzeżeń, skoro już ktoś go zaczął. Dorzuciłem własne trzy grosze pisząc, że lepiej wybrać 5-10 najlepszych zdjęć z całej serii, niż wrzucać setki podobnych do siebie plików, których nie każdemu chce się nawet przeglądać. Po kilku godzinach ponownie wlazłem na fejsbuka z zamiarem sprawdzenia, czy coś mi odpisała.

Żadnego powiadomienia o nowych komentarzach w wątku jej nowego albumu nie zastałem. Żadnej PW. Nie wykluczałem jednak, że przewrażliwionego fociografa taki komentarz może dotknąć do żywego i może on taki komentarz po prostu usunąć. Byłem blisko, ale… nie doceniłem jej, bo… usunęła nie komentarz, nie album, ale mnie ze znajomych :)

Czytaj całość…

Jesienna aura, jesienne nastroje, jesienna depresja…

Jesiennie

Jesiennie

Będzie o sprzęcie, bo o tym można dyskutować bez przerwy. Taki cwaniak jestem, że jak nie mam weny, to sięgam po awaryjny temat. Repertuar Tuska stanowił krzyż i dopalacze, to ja nawinę sobie o matrycach. Bo o czym innym pisać, skoro weny nie ma, a pogoda do bani jest? Coś się niby zaczęło przejaśniać, ale skoro mam depresję, to nie powinienem wierzyć w zmiany na lepsze. Chyba.

Mniejsza o to, bo świat mnie dobija. Jest źle i nie widzę szans na poprawę. Fotografia cyfrowa rządzi, automatyka robi zdjęcia, a obraz z matryc staje się coraz bardziej sztuczny. Nikt nie wmówi mi, że jest inaczej.

Przeglądałem ostatnio Allegro w poszukiwaniu rekwizytów potrzebnych mi do samodzielnego wywoływania filmów. Szukam czegoś optymalnego dla siebie, bo naprawdę rzygać mi się już chce rawami i tym cyfrowym cyrkiem całym. Coraz więcej plastiku, coraz więcej badziewia i coraz więcej niezłych zdjęć spapranych zostaje plastikową obróbką. W imię gównianych trendów. Wygląda to żałośnie, ale czyż nie żyjemy w czasach, w których prawdziwy cycek, to silikonowy cycek?

Stop! Basta, mówię. Kubeł zimnej wody na łeb, po czym dobitnie trzeba sobie powiedzieć: fotografia cyfrowa jest do bani! Jest nieprawdziwa, jest zakłamana, jest sztuczna, jest tandetna. I jest modna. Jest na fali, bo jest łatwa i każdy głupi może. Jak aktorzy z castingu; wielcy artyści niby, a w rzeczywistości…

Gdyby chociaż wyszła jakaś współczesna puszka z matrycą CCD, wtedy byłoby przyjemnie. Ale nie wyjdzie, bo wszędzie musi być zasrany LiveView z zasranym kręceniem video, a do tego przecież CCD się nie nadaje. No bo po co komu jakość? Fotografia? Po co komu fotografia, skoro może być foto-video-gps-blowjob-coś_tam_jeszcze, słowem all-in-one? I dziwić się dinozaurom, że nie przestają przesiadywać w ciemnościach i wciąż zalewają temat chemią…

Czytaj całość…

Fotografia jest jak kobieta

Fotografia jest jak kobieta

Fotografia jest jak kobieta

Często szukam analogii między fotografią, a innymi składowymi mojego świata. Kiedyś zajmowałem się muzyką, czym przy okazji zaszczepiłem brata; on nadal tworzy dźwięki, podczas gdy ja kąpię się w morzu fotografii. Zdarza się, że brat prosi mnie, bym swoim wrażliwym uchem sprawdził brzmienie jego najnowszej produkcji. Słucham uważnie, dźwięki starając się wizualizować.

Co widzę, gdy słyszę? Widzę obraz; bliżej nieokreślone kształty, ale wyraźne są barwy i kontrasty… Dźwięki o wysokich częstotliwościach postrzegam jako biel i zbliżone jej odcieniem szarości, z kolei tony niskie są czernią i głębokimi cieniami. Dzięki takiej wizualizacji jestem w stanie bardzo łatwo wskazać mankamenty nagrania i dokładnie określić, co należy poprawić. Słyszę przepały, słyszę zgaszone przepały, słyszę nadmiar średnich, widzę kompresor… Krótko mówiąc: potrafię słyszeć fotografię i widzieć muzykę. Pod pewnymi względami są one takie same.

A co łączy kobiety i fotografię? 5 wspólnych typów kobiet i zdjęć. Oto i one:

1) Choinkowa bombka – to kobieta tak pusta w środku, jak efektowna na zewnątrz. Bogato zdobiona lub tylko oddająca obraz swojego otoczenia, w dodatku mocno zniekształcony. Czasem pół na pół, jednak zawsze atrakcyjna, ozdobna, skupiająca na sobie wzrok.

Fotografia będąca odpowiednikiem kobiety-bombki jest demem upiększających efektów graficznych. Potężna warstwa makijażu kryje pustkę: gdyby zdjąć te wszystkie świecidełka i mazidełka, okazałoby się, że pod nimi nic ciekawego nie ma. Żadnej sensownej treści. Zero, null! Po co komu taka kobieta? Chyba tylko na ozdobę, bo do prezentacji ciuchów wystarczy manekin.

2) Wspaniały prezent pod choinką – opakowanie tak efektowne i ładne, że aż żal je niszczyć! Ale trzeba, bo bez tego nie ujrzy świata to, co znajduje się w środku. Oto kobiety wartościowe; inteligentne, z zasadami, godne zaufania, na których w życiu można polegać. Mają tylko jedną wadę: próżność. Muszą się grubo malować, efektownie stroić i poprawiać swoje ciało, czym tworzą powłokę, przez którą nie każdemu uda się przebić. Lub nie każdemu chce się przebijać, albo też nie każdy dostrzeże, że jest się po co przebijać. Lepiej zostawić; niech sobie ładnie wygląda.

Dobre zdjęcie też można spaprać niepotrzebnym tuningiem. Śmieją się gęby na samo brzmienie hasła „wiejski tuning”, a czymże on jest, jeśli nie efektem nieudolnych prób poprawienia fabryki? Skoro coś powstało takie, a nie inne i nie powstało przypadkiem, to po co robić z tego foto-szopkę? Tuningować trzeba umieć; tuning ma podnosić „naturalne” walory, a nie je neutralizować.

Czytaj całość…

Kto rano wstaje, ten robi zdjęcia we mgle

Takiej aurze nie sposób się oprzeć

Takiej aurze trudno się oprzeć

Czytaj całość na fotoblogu…