Szczur
27 kwietnia 2012 | Kategoria: Myślę sobie..., Zdjęciowo | Komentarzy: 13
Nigdy specjalnie nie zastanawiałem się nad tym, czy i jakiemu zwierzęciu będę robił zdjęcia, ani jak taka sesja będzie wyglądać. Kotu? Psu? Nie interesowało mnie to, bo i po co? No, koty są wdzięcznym tematem – tak wdzięcznym, jak oklepanym. Gdyby mnie ktoś jednak poprosił o zdjęcia swojego kociego pupila, to zgodziłbym się. I to właściwie jedyny wniosek, do jakiego doszedłem dywagując o fotografii zwierząt.
Życie pisze swoje własne scenariusze i nierzadko o tym przypomina nam – panom własnego losu :) I taki kolejny scenariusz odegrałem dziś, bo reżyser wykorzystał moją spostrzegawczość i fakt, że zwykle oczy mam dookoła głowy, a sprzęt pod ręką, gotowy do akcji w ciągu kilku sekund.
I tak było i tym razem. Wyjrzałem przez okno i moja uwagę przykuło brązowe coś, co kokosiło się w przyblokowym trawniku. Jeż? Szczeniak? Jakiś domowy gryzoń? Kociak? Rozejrzałem się dookoła, ale nie zauważyłem nikogo, kto mógłby być właścicielem tego stworzenia. „To musi być coś dzikiego i bez względu na to, czym się to żyjątko okaże być, już jest ono dla mnie interesującym obiektem. Nie każdego dnia, przed samą klatką, w centrum osiedla, wyleguje się w słońcu taki mały dzikus”.
Czytaj całość…
Mocno rozmyte tło, czyli o pewnym trendzie we współczesnej fotografii
28 marca 2012 | Kategoria: Myślę sobie..., Polecane, Praktyka, Sprzętowo | Komentarzy: 34
„Chłop ze wsi wyjdzie, ale wieś z chłopa nigdy” – nie wiem, dlaczego akurat to powiedzenie przychodzi mi na myśl, kiedy myślę o tych wszystkich ludkach, którzy wyszli ze świata kompaktów, wleźli w świat lustrzanek i mają obsesję na punkcie rozmytego tła.
Część nie potrafi uzasadnić, dlaczego to rozmyte tło im się tak podoba. Inni kombinują z tłumaczeniem, że możliwość odseparowania motywu głównego od tła jest narzędziem artystycznym, które się przydaje. No i, patrząc na zdjęcia takich, można odnieść wrażenie, że oni tego narzędzia nie wypuszczają z rąk.
Skąd się to bierze, że jedni dadzą się pociąć za możliwość robienia takich zdjęć, a drudzy za możliwość zrobienia sobie takich zdjęć? Chyba stąd, że rozmyte tło definiuje dobry, tzw. „profesjonalny” sprzęt. Nieważna kompozycja, motyw czy wierność obrazu. Jest rozmyte tło, to jest profesjonalnie.
Po przesiadce z kompaktu na „cyfrowe lustro” też na pewien czas dostałem fioła na punkcie płytkiej głębi ostrości. Maciupkie matrycki w małpkach takiego wypasu nie oferowały, a nowy sprzęt… Nie pamiętałem wtedy o tym, że przecież kiedyś już miałem sprzęt pozwalający robić zdjęcia z rozmytym tłem! Nawet bardziej rozmytym, niż z cyfrowej lustrzanki z cropem 2x. Miałem przecież Zenita TTL z Heliosem 58/2! Tyle tylko, że w czasach, w których go miałem, koło dupy latało mi to, czy zdjęcie będzie miało tło rozmyte tak bardzo, jak to tylko możliwe.
Ba! W większości przypadków rozmyte tło było wadą! W końcu przecież nie po to skrupulatnie ustawiałem ostrość (oczywiście, że manualnie), aby mieć zdjęcie nieostre! Czaicie, jakim wypasem byłby wtedy crop, oferujący większą głębię ostrości? Nie dość, że zdjęcia byłyby fajniejsze, to jeszcze klisze tańsze!
A teraz format 135 pokutuje w wersji cyfrowej i do rozstroju nerwowego doprowadza projektujących obiektywy. Bo jak tu zrobić porządne szkło pod dużą matrycę? A to winietowanie, a to mydło w rogach kadru… Do tego dochodzi jeszcze 3D: duży rozmiar, duży ciężar i duże koszty.
„Pełna klatka”. Co to, kurde, znaczy? A crop jest „be”. Co to, kurde, znaczy? Przecież 36×24 też jest cropem!!! Jest mniejszą i tańszą opcją względem średniego formatu, który z kolei jest cropem wielkiego, a wielkiego też można przerosnąć. Tylko po co? Żeby sprzęt ciężarówką wozić i kościołom robić zdjęcia z rozmytym tłem? Czy może portret całej postaci, której środek rzęs pięknie odcina się od rozmytych powiek?
Nie śmiejmy się z drogowców
9 grudnia 2011 | Kategoria: Myślę sobie..., Praktyka | Komentarzy: 3
Z całą powagą apeluję, abyśmy przestali śmiać się z drogowców, których rokrocznie zaskakuje zima. Co prawda, zdarzało się, że i oni próbowali zimę zaskoczyć, ale kończyło się to zwykle tak, że piaskarki jeździły i sypały, a śniegu jeszcze przez wiele kolejnych dni nie było.
Mamci naturze łatwo jest się dać zaskoczyć. Kapryśna ona, jak to baba, jaja sobie lubić robi. I robi; nie tylko z drogowców, ale też z fotografów.
Chyba każdy miłujący fotografię facet, nawet jeśli skupia się na dziedzinach dalekich od natury, jest wrażliwy na grę kolorów, jaką serwuje niebo, chmury i pieszczące się z horyzontem słońce. Tę słabość natura raczy wykorzystywać, zaskakując nieprzygotowanych i bawiąc się widokiem ich bezsilności.
17 listopada – piękny zachód słońca
Czekając na kuriera, siedziałem sobie przed komputerem i dłubałem sobie w plikach jednego z bloków. W ramach krótkiego resetu umysłu zerknąłem sobie na fejsbuka, a tam, uwięziony w pracy kolega, bił na alarm, że słońce pięknie zachodzi i kto żyw winien pochwycić swój aparat w dłoń i pstrykać. Pstrykać. PSTRYKAĆ!!!
Z aparatem w dłoni wylazłem na balkon, westchnąłem zrezygnowany, ustawiłem ekspozycję i zrobiłem zdjęcie. Zaklinałem się, że następnym razem nie dam się tak zaskoczyć. Żebym chociaż sam nie siedział w domu… ale jak pech, to do końca.
9 grudnia – wspaniały wschód słońca
A trzy tygodnie później kolejny psikus-zaskakiwus ze strony natury, tym razem jednak z drugiej strony horyzontu. Wschód słońca, którego wyjątkowość zauważyłem kątem zmęczonego oka, kładąc się spać po długiej i intensywnie przepracowanej nocy.
Tak, jak siedziałem na łóżku: w samym podkoszulku i gatkach wybiegłem na balkon, oczywiście z aparatem w dłoni. Wiało, jak w przysłowiowym kieleckim, a ja, nie zważając na to, walczyłem z wycelowanym na wschód aparatem.
Pozwól fotografii robić Ci prezenty
22 listopada 2011 | Kategoria: Myślę sobie..., Praktyka | Komentarzy: 9
- Jak można wkurzyć fotografa z ambicjami?
- Wystarczy powtarzać mu, że niezłe zdjęcia mu wychodzą.
Z naciskiem na „wychodzą”.
Chyba każdy chce zdjęcia robić, a nie, żeby mu one wychodziły. Bo jak mu zdjęcie wyjdzie, to można mówić o farcie, a jeśli zdjęcie zrobił on, no to wszelkie laury należą się jemu. Bo wypatrzył, bo wypocił perspektywę, bo przycisnął w odpowiedniej chwili, bo zdjęcia robi on, bo zdjęcia same nie wychodzą.
To kwestia ambicji, dumy i – w zdrowych przypadkach – również samodoskonalenia. No dobra… a co, jeśli jednak, jak na złość, zdjęcie zrobi się samo? Wyjdzie udane, trafi w gust oglądających, ucieszy fotografa, ale jednocześnie będzie go gryzło? Bo nie on je zrobił, bo zrobiło się samo, bo miał szczęście, które zwykło sprzyjać głupim, bo inni myślą, że to on, ale on sam siebie nie oszuka?
W dążeniu do całkowitej kontroli nad obrazem odbieramy szansę dobrej wróżce na zrobienie miłej niespodzianki. Nie zostawiamy miejsca na brak skupienia, na brak odliczania i na swobodny oddech. Wstrzymujemy go, rozbijamy momenty na tysięczne sekundy i oglądamy efekt surowym okiem. Czy cieszy? Musi. Zdjęcie jest dobre. Technicznie nienagannie, obróbka wporzo… w końcu rutyna. Powtarzalność. Zero przypadku.
A jeśli jednak szlag pancerz nasz trafi i migawka mimowolnie wykona swój cykl? Co wtedy? To, co ja w pierwszej chwili chciałem wczoraj zrobić? Wyuczona sekwencja przycisków, którą kończy OK potwierdzający usunięcie zdjęcia? Pierwszy, drugi, strzałka, OK – to chciałem wykonać bez obejrzenia zdjęcia na wyświetlaczu aparatu. Ale niechcący zobaczyłem to zdjęcie i… postanowiłem nie usuwać.
Spieszmy się kochać jesień…
27 października 2011 | Kategoria: Myślę sobie..., Zdjęciowo | Komentarzy: 9
Są takie chwile, kiedy chciałbym być profesjonalistą. Zawodowcem, którego pracą jest robienie zdjęć. Mógłbym przestawić zegar biologiczny i w normalnych porach, w trakcie pracy, móc chwytać obrazki, których normalnie nawet nie mam okazji zobaczyć.
Śpię do późna, bo do późna pracuję. Nocą nikt mi nie przeszkadza i nic mnie nie rozprasza, więc swobodnie zasuwam sobie przy komputerze, a gdy czuję się zmęczony – kładę się spać. Przesypiam wschody słońca i poranne mgiełki, na które mógłbym się budzić, gdybym sypiał według zasad demokratycznych.
Rzadko zdarzają się takie poranki, o których jestem wypoczęty, rześki i pełny energii na równi z BLM-1 w aparacie. Kilka dni temu tak się szczęśliwie złożyło, że koło północy uciąłem siebie dwugodzinną drzemkę i o świcie miałem jeszcze sporo paliwa. Ubrałem się więc i z aparatem na ramieniu wyruszyłem na miasto.
Tym razem celem nie byli ludzie i kontekst ich otaczający, ale jesień. Ta wspaniała i piękna pora roku, której uroda łatwo przemija. Padało i wiało niedawno, ale kolorowe czapy liści na szczęście jeszcze się ostały. To o nie chodziło. O zielono-brązowo-czerwono-złote barwy jesieni, których mogę już nie mieć okazji fotografować tego roku. Wolałem zrobić to tego dnia, niż przy jakimś pechu nie zrobić tego wcale.
Trochę tej jesieni przyniosłem w aparacie. To jest moja jesień, uchwycona tak, jak ją widziałem i jak umiałem. Może dzięki temu odwróci się karta i mniej będzie w moim życiu chwil, w których zazdroszczę zawodowcom?



