Stregesti Studio – studio nagrań
7 stycznia 2012 | Kategoria: Myślę sobie..., Zdjęciowo | Komentarzy: 4
Nigdy nie wiesz, co cię w życiu czeka. Można być pewnym, że czegoś nigdy nie będzie się robić, by za kilka, kilkanaście lat tę pewność przed samym sobą odszczekać. To jednak i tak pikuś, ponieważ czasem przychodzi robić rzeczy, które nigdy by nawet przez myśl nie przeszły.
Kiedyś z Draqiem nagrywaliśmy rap. Do głowy by mi wtedy nie przyszło, że choć za kilka lat z muzyką się rozstanę, to u Draqa i tak będę bywał w bardziej ambitnych celach, niż piwko czy wódka :) Gdyby lat temu kilka ktoś powiedział mi, że w styczniu 2012 Draqu oficjalnie otworzy swoje własne studio nagrań, a ja tam będę w charakterze fotografa, to na bank skwitowałbym to śmiechem. A jednak…

Studio nagrań dźwiękowych Stregesti Studio
W dalszej części wpisu obejrzycie kilka zdjęć z Stregesti Studio, na samym końcu wpisu znajdziecie ciekawostkę w postaci linków do dwóch kawałków tandemu Ja&Draqu, a na stronę studia nagrań traficie za pośrednictwem adresu http://stregesti.com
Nie śmiejmy się z drogowców
9 grudnia 2011 | Kategoria: Myślę sobie..., Praktyka | Komentarzy: 3
Z całą powagą apeluję, abyśmy przestali śmiać się z drogowców, których rokrocznie zaskakuje zima. Co prawda, zdarzało się, że i oni próbowali zimę zaskoczyć, ale kończyło się to zwykle tak, że piaskarki jeździły i sypały, a śniegu jeszcze przez wiele kolejnych dni nie było.
Mamci naturze łatwo jest się dać zaskoczyć. Kapryśna ona, jak to baba, jaja sobie lubić robi. I robi; nie tylko z drogowców, ale też z fotografów.
Chyba każdy miłujący fotografię facet, nawet jeśli skupia się na dziedzinach dalekich od natury, jest wrażliwy na grę kolorów, jaką serwuje niebo, chmury i pieszczące się z horyzontem słońce. Tę słabość natura raczy wykorzystywać, zaskakując nieprzygotowanych i bawiąc się widokiem ich bezsilności.
17 listopada – piękny zachód słońca
Czekając na kuriera, siedziałem sobie przed komputerem i dłubałem sobie w plikach jednego z bloków. W ramach krótkiego resetu umysłu zerknąłem sobie na fejsbuka, a tam, uwięziony w pracy kolega, bił na alarm, że słońce pięknie zachodzi i kto żyw winien pochwycić swój aparat w dłoń i pstrykać. Pstrykać. PSTRYKAĆ!!!
Z aparatem w dłoni wylazłem na balkon, westchnąłem zrezygnowany, ustawiłem ekspozycję i zrobiłem zdjęcie. Zaklinałem się, że następnym razem nie dam się tak zaskoczyć. Żebym chociaż sam nie siedział w domu… ale jak pech, to do końca.
9 grudnia – wspaniały wschód słońca
A trzy tygodnie później kolejny psikus-zaskakiwus ze strony natury, tym razem jednak z drugiej strony horyzontu. Wschód słońca, którego wyjątkowość zauważyłem kątem zmęczonego oka, kładąc się spać po długiej i intensywnie przepracowanej nocy.
Tak, jak siedziałem na łóżku: w samym podkoszulku i gatkach wybiegłem na balkon, oczywiście z aparatem w dłoni. Wiało, jak w przysłowiowym kieleckim, a ja, nie zważając na to, walczyłem z wycelowanym na wschód aparatem.
Tagi: na luzie, słońce, wschód słońca, zachód słońca, zrzędzenie
Pozwól fotografii robić Ci prezenty
22 listopada 2011 | Kategoria: Myślę sobie..., Praktyka | Komentarzy: 9
- Jak można wkurzyć fotografa z ambicjami?
- Wystarczy powtarzać mu, że niezłe zdjęcia mu wychodzą.
Z naciskiem na „wychodzą”.
Chyba każdy chce zdjęcia robić, a nie, żeby mu one wychodziły. Bo jak mu zdjęcie wyjdzie, to można mówić o farcie, a jeśli zdjęcie zrobił on, no to wszelkie laury należą się jemu. Bo wypatrzył, bo wypocił perspektywę, bo przycisnął w odpowiedniej chwili, bo zdjęcia robi on, bo zdjęcia same nie wychodzą.
To kwestia ambicji, dumy i ” w zdrowych przypadkach ” również samodoskonalenia. No dobra… a co, jeśli jednak, jak na złość, zdjęcie zrobi się samo? Wyjdzie udane, trafi w gust oglądających, ucieszy fotografa, ale jednocześnie będzie go gryzło? Bo nie on je zrobił, bo zrobiło się samo, bo miał szczęście, które zwykło sprzyjać głupim, bo inni myślą, że to on, ale on sam siebie nie oszuka?
W dążeniu do całkowitej kontroli nad obrazem odbieramy szansę dobrej wróżce na zrobienie miłej niespodzianki. Nie zostawiamy miejsca na brak skupienia, na brak odliczania i na swobodny oddech. Wstrzymujemy go, rozbijamy momenty na tysięczne sekundy i oglądamy efekt surowym okiem. Czy cieszy? Musi. Zdjęcie jest dobre. Technicznie nienagannie, obróbka wporzo… w końcu rutyna. Powtarzalność. Zero przypadku.
A jeśli jednak szlag pancerz nasz trafi i migawka mimowolnie wykona swój cykl? Co wtedy? To, co ja w pierwszej chwili chciałem wczoraj zrobić? Wyuczona sekwencja przycisków, którą kończy OK potwierdzający usunięcie zdjęcia? Pierwszy, drugi, strzałka, OK – to chciałem wykonać bez obejrzenia zdjęcia na wyświetlaczu aparatu. Ale niechcący zobaczyłem to zdjęcie i… postanowiłem nie usuwać.
Spieszmy się kochać jesień…
27 października 2011 | Kategoria: Myślę sobie..., Zdjęciowo | Komentarzy: 9
Są takie chwile, kiedy chciałbym być profesjonalistą. Zawodowcem, którego pracą jest robienie zdjęć. Mógłbym przestawić zegar biologiczny i w normalnych porach, w trakcie pracy, móc chwytać obrazki, których normalnie nawet nie mam okazji zobaczyć.
Śpię do późna, bo do późna pracuję. Nocą nikt mi nie przeszkadza i nic mnie nie rozprasza, więc swobodnie zasuwam sobie przy komputerze, a gdy czuję się zmęczony – kładę się spać. Przesypiam wschody słońca i poranne mgiełki, na które mógłbym się budzić, gdybym sypiał według zasad demokratycznych.
Rzadko zdarzają się takie poranki, o których jestem wypoczęty, rześki i pełny energii na równi z BLM-1 w aparacie. Kilka dni temu tak się szczęśliwie złożyło, że koło północy uciąłem siebie dwugodzinną drzemkę i o świcie miałem jeszcze sporo paliwa. Ubrałem się więc i z aparatem na ramieniu wyruszyłem na miasto.
Tym razem celem nie byli ludzie i kontekst ich otaczający, ale jesień. Ta wspaniała i piękna pora roku, której uroda łatwo przemija. Padało i wiało niedawno, ale kolorowe czapy liści na szczęście jeszcze się ostały. To o nie chodziło. O zielono-brązowo-czerwono-złote barwy jesieni, których mogę już nie mieć okazji fotografować tego roku. Wolałem zrobić to tego dnia, niż przy jakimś pechu nie zrobić tego wcale.
Trochę tej jesieni przyniosłem w aparacie. To jest moja jesień, uchwycona tak, jak ją widziałem i jak umiałem. Może dzięki temu odwróci się karta i mniej będzie w moim życiu chwil, w których zazdroszczę zawodowcom?
Tagi: jesień, na luzie, zdjęcia, zrzędzenie
Pieprzyć szczegóły!
20 października 2011 | Kategoria: Myślę sobie..., Praktyka | 1 komentarz
Wiele zostało powiedziane na temat różnic między przeglądaniem zdjęć na monitorze, a oglądaniem ich w tradycyjnej, papierowej postaci i wyższości tej drugiej formy nad pierwszą. Można bronić (i to skutecznie) tak jednej, jak i drugiej opcji podziwiania fotografii, ale ja nie o tym.
W powiększeniu mogę analizować każdy piksel z osobna, podczas gdy papierowa odbitka wybaczy nawet niewybaczalny dla monitora szum. Zdjęcie w rozdzielczości jedenastu milionów pikseli mojego Olympusa pozwala zobaczyć to, czego nawet na miejscu nie widziałem. To taki fajny rodzaj zaskoczeń w stylu „Patrz, ale jaja! W tej łyżce odbił się dłubiący w nosie Rysiek, którego nie ma w kadrze”.
Kilka takich niespodzianek sprawiło, że coraz rzadziej sięgałem po dłuższe obiektywy. Szerszy zoom i nie jaśniej, niż f/5,6, aby przypadkiem czego nie zgubić. Po co? Po to, aby wyciąć 1/16 kadru i gdybać, co by dało zrobienie tego detalu dłuższym obiektywem?
Tagi: refleksyjnie, sposoby różne, zrzędzenie


