Nowy sprzęt psuje zdjęcia

Tak sobie siedziałem i przeglądałem zdjęcia z wakacji… Właściwie, to jeszcze nie skończyłem, bo sporo się tego nazbierało: urlop szwagra, wyjazd nad morze, początek przebudowy domu u teściów i inne takie. Zatem czas przeszły zmienię na teraźniejszy i napiszę:

Tak sobie siedzę i przeglądam zdjęcia z wakacji. Sporo z nich zrobiłem w pomieszczeniu zamkniętym, gdzie braki w oświetleniu nadrabiałem wbudowaną lampą z dyfuzorem zapinanym w sanki, lub stosując wysokie czułości. Fajne są te zdjęcia, podobają mi się. Wtedy, na świeżo, myślałem „mogłem zrobić lepsze” i co rusz wynajdywałem kolejne mankamenty, których powinienem uniknąć.

Dziś z tych zdjęć jestem zadowolony, czego nie mogę powiedzieć o fotkach z ostatnich świąt bożego narodzenia i okresu noworocznego. Przed samymi świętami kupiłem lampę błyskową. Długo się przed nią broniłem, bo zasadniczo bardzo rzadko potrzebowałem błyskać. Zwykle wysoka czułość i sytuacje, w których sztuczne światło znad obiektywu psuło by mi klimat.

Kupić chciałem obiektyw, no ale tak wyszło, że zamiast niego kupiłem lampę. Systemową, Olympus FL-36 [KLIK], w cenie np. Samyanga 85/1.4 (którego i tak pewnie sobie kupię). Kolejne szkło może poczekać, a podczas świątecznych posiadówek bardziej przyda się dobra lampa. No tak też się stało. Przy okazji przypomniałem sobie, jak pachnie nowy Olympus :)

Już przed świętami urządziłem sobie małe roztrenowanie, by w święta nie dać się przypadkiem lampie czymś zaskoczyć. Pomysł z kupnem lampy uznałem za trafiony w dziesiątkę: ten niewielki flash w przyszłości jeszcze nie raz się przyda, a zaoszczędzone dzięki niemu złotówki mogłem ulokować pod choinką.

Światła wbudowanej lampy do dodatkowej, błyskającej po sufitach i ścianach nie ma nawet sensu porównywać – zbyt wielka różnica. Porównywać natomiast można kompozycję zdjęć czy kreatywność. Tu klęska. Ot, przyzwoite, rodzinne pstryki jednego z krewnych, który sprzęt lepszy od przeciętnego ma. Tyle. Zero niczego, z czego mogę być dumny.


Nie tylko nowy sprzęt ma zgubny wpływ na jakość kadrów

Nie tylko nowy sprzęt ma zgubny wpływ na jakość kadrów

Bywały zdjęcia kiepsko oświetlone, ruszone, przepalone, ale praktycznie zawsze miały one w sobie coś, z czego byłem dumny. Te z nową lampą są banalne, bo ta lampa za bardzo moją uwagę na sobie skupiała. Zamiast gimnastykować się z perspektywą, gimnastykowałem się głównie z palnikiem. Przyjdzie czas, kiedy i ta lampa do mnie przyrośnie, przestanę zwracać na nią uwagę i obsługiwał będę ją intuicyjnie.

Jak aparat, który na początku również był przyczyną momentów sporej konsternacji podczas oglądania zdjęć. A jakby tego było mało, dowcipny los wywinął mi taki numer, że tym nowym aparatem, zaledwie w trzeci dzień po zakupie, robiłem szwagrowi wesele. Od całkowitej załamki ratuje mnie kilka ujęć sprzed kościoła (po mszy), podczas których nie myślałem o sprzęcie, tylko byłem w stanie „fotograficznego odpłynięcia”. Ekspozycyjnie nie do końca fajnie jest, ale mam inne powody być z tych zdjęć bardzo zadowolonym.

Nie zmienia to jednak faktu, że większość zdjęć zawaliłem dokładnie przez to, że miałem nowy sprzęt. Nie odpuszczałem sobie „bo lepszy sprzęt, to wszystko za mnie zrobi”, ale po prostu tak mnie jego obsługa rozpraszała, że nie mogłem robić tego, co najbardziej lubię i co najlepiej mi wychodzi: wnikać w miejsce i czas i robić swoje.

A co będzie, gdy kupię nowy obiektyw, powiedzmy ultra szeroki lub ultra jasny i cały czas będzie mnie korcić, aby działać nim dokładnie tak, jak z innymi szkłami nie mogę? Co będzie, jak zmienię body na jakieś ultra szybkim autofocusem? Ba! Co będzie, jak zmienię system?

Wszystko co nowe i wymagające poznania psuje mi zdjęcia. Każdym aparatem, którym już trochę działałem, mogę w każdej chwili robić zdjęcia tak, jakby w międzyczasie nie było żadnego innego. Z nowym, niestety, już tak fajnie nie jest. Czy można porównać to do starego kumpla? Chyba tak. Jeśli przez lata potrafiliśmy dogadywać się bez słów, to i po kilku latach, bez trudu, można znaleźć wspólny język.

Najciężej jest się poznać. Witaj więc lampo! Mam nadzieję, że nie braknie nam okazji do wzajemnego poznania się. Towarzyszko niedoli i światełko ty moje. Po cholerę mi ty? Tak fajnie żyło się bez cię, takie proste wszystko było… :)

Podziel się tym wpisem:
  • Wykop
  • Facebook
  • Blip
  • Śledzik
  • Google Buzz
  • Twitter
  • Flaker
  • Gadu-Gadu Live

2 komentarze

  1. SpeX napisał(a):

    Wniosek jest prosty, nowy sprzęt kupować dużo wcześniej niż będzie ci potrzebny. A jak ci już będzie potrzebny, to już nie będzie nowy.

  2. Art napisał(a):

    Uśmiechałem się sam do siebie czytając. Miałem bardzo podobnie, gdy zmieniłem system z Olympusa na Nikona. Do tego do Olka zapinałem niemal wyłącznie obiektyw zmiennogniskowy i pstrykałem na ogniskowej 100-150. Do Nikona mam tylko stałkę 35 mm. Pierwszy tydzień był wielką tragedią. Wstydziłem się wysłać znajomym sample, o które prosili i wykręcałem się brakiem czasu. Dzień w dzień żałowałem zakupu, który na pewien sposób był spełnieniem życzeó i planowałem powrót do Olka.
    Aż po jakimś czasie coś drgnęło. Oswoiłem się z obsługą i zacząłem robić nieco inne zdjęcia. Gdy w końcu byłem zadowolony z efektów pokazałem je mojej Lubej. Po dłuższej chwili przeglądania stwierdziła, że z nowym aparatem tworzę doskonałą parę.
    Autorowi bloga życzę podobnych odczuć i satysfakcji z lampy. Myślę, że to tylko kwestia czasu i oswojenia się :)