Osłona przeciwsłoneczna – najlepsza ochrona obiektywu i… aparatu

Do napisania tego wpisu skłonił mnie taki drobny i przemiły fakt – rozwaliłem aparat. Jak to? A tak: gruba kurtka, lekki tandem body+szkło, śliski pasek i chwila dekoncentracji na ciągłym poprawianiu go na ramieniu i… trzask o chodnik.

Pierwszą myślą nie było żadne „ja pier…”, albo „czy nic się nie stało?”. Pierwszą myślą było: „nie zabrałem tulipana”. Ten jeden jedyny, pieprzony raz zrezygnowałem z założenia osłony przeciwsłonecznej na obiektyw i pech chciał, że o ten jeden jedyny raz za dużo. Aparat szlag trafił. Choć nie musiał.

Kiedyś w podobny sposób spadł mi aparat na podobne podłoże, ale z jeszcze większej wysokości. Poza kilkoma widocznymi do dziś rysami na wypukłościach korpusu i tulipanie nic poważnego się nie stało. Sprzęt uratowała właśnie osłona przeciwsłoneczna, której jeden z listków wziął na siebie impet uderzenia, zamortyzował je i sprężyście „odbił” tak, że aparat przeturlał się po podłożu, zamiast całe zderzenie przyjmować „na flaki”.

To coś jak z samochodami, w których stosuje się strefę kontrolowanego zgniotu amortyzującą siłę uderzenia, dzięki czemu podróżujący z kraks wychodzą z mniejszymi obrażeniami wewnętrznymi. Gdyby samochody były super sztywne i ich uszkodzenia kończyłyby się na malowaniu zderzaka, to przeciążenia powstałe w momentach uderzenia zwyczajnie zrywałyby flaki jadących, zabijając ich „od środka”.

Tym jednym, jedynym razem nie wziąłem osłony przeciwsłonecznej. Aparat o chodnik uderzył obiektywem niemalże pod kątem prostym. Żadnej amortyzacji nie było. Siła uderzenia wepchnęła założony dekielek do środka filtra, tłukąc w nim szkiełko.

Czytaj całość…

Piłeś? Nie fotografuj!

Pod żadnym pozorem! Jeżeli poważnie podchodzisz do fotografii, to pamiętaj: alkohol, to twój wróg. I śmiertelny wróg Twoich zdjęć. Jeśli tylko traktujesz swoje zajęcie serio, to musisz pamiętać, że alkohol i fotografowanie na najwyższym poziomie nie idą ze sobą w parze. No, chyba, że jesteś niedzielnym fotografem z tych „kupiłę aparat to pewnię jestę fotografę”, to możesz odpuścić sobie i samodyscyplinę i dalszą lekturę tego wpisu.

Alkohol wrogiem pracy fotografa

Alkohol wrogiem pracy fotografa


Czytaj całość…

Czy brać na koncert aparat?

Koncertowy savoir-vivre

Koncertowy savoir-vivre

Nie! A jeśli i tak ma Cię kusić, to telefon też zostaw w domu. Idź na koncert i po prostu dobrze się baw, a fotografowanie zostaw tym, którzy mają to zrobić profesjonalnie.

To naprawdę nie boli. I naprawdę daje sporą satysfakcję. Jak wyjmiesz aparacik, smartfona czy inny wynalazek posiadający wbudowany aparat (tablet przemilczę), to spieprzysz zabawę nie tylko sobie, ale i przede wszystkim innym, którym miejsce na widowni przypadło za Tobą.

Zasłonisz im widok na scenę i to tylko po to, aby ukręcić tym swoim badziewiem gównianej jakości obrazy z gównianej perspektywy, by później… co? Pokazywać to wnukom? Wydać DVD z tym? Ach tak, oczywiście: by wrzucić to w serwisy społecznościowe i w ten wątpliwy sposób demonstrując swoją zajebistość pokazywać, jakim jesteś idiotą.

Pomyśl: koncerty i inne wydarzenia estradowe są doskonale obstawione przez fotografów i operatorów kamer. Zajęli oni stanowiska w najlepszych miejscach i przez obiektywy swoich urządzeń obserwują wydarzenia z najlepszych perspektyw. A Ty, stojąc w ścisku i wyciągając jak najwyżej łapy w pozycji „zombie”, by ominąć zombie stojących przed Tobą ze swoimi smartfonami, nie zrobisz lepszych zdjęć od tych, którzy faktycznie mają je zrobić.

Pozwól więc stojącym za Tobą spokojnie obserwować to, co dzieje się na scenie i sam też się na niej skup. Po to płacisz za wstęp, aby obejrzeć na żywo to, co Cię rajcuje. Filmowanie i robienie zdjęć – powtarzam raz jeszcze – zostaw tym, którym to zadanie organizator wyznaczył.
Czytaj całość…

Czy podpisywać zdjęcia? A może znak wodny?

Myślę, że tytułu tłumaczyć nie trzeba i od razu możemy przejść do sedna tematu.

Podpisywanie zdjęć. Oznaczanie ich swoim logiem bądź też znakiem wodnym zawierającym więcej informacji, np. adres strony. Wśród nas – fotografów – są i przeciwnicy i zwolennicy tej praktyki. Oznaczanie zdjęć niejeden ma cel.

Jedni zabezpieczają się w ten sposób przed złodziejami (jakby ci nie potrafili poradzić sobie ze znaczkiem wodnym ;)), dla innych jest to forma reklamowania się i publikując swoje zdjęcie z góry zakładają, że poleci ono daleko w świat i będzie sławić jego kunszt i imię, jeszcze inni celują w wyniki wyszukiwania obrazów za pomocą wyszukiwarek. Są też tacy, którzy robią to po prostu, bo i inni to robią i tak jest profeszynalnie. Znajdą się też tacy, którzy rezygnują z wtapiania informacji o autorze w kadr i w zamian dbają o to, aby zdjęcie zawsze było gdzieś obok podpisane. Opcja nie do pomyślenia dla tych pierwszych :)

Właściwie mało ważne jest kto i w jakim celu wkleja w kadr dodatkowe rzeczy. Nie chcę nikogo do niczego nakłaniać, czy tam przekonywać. To sprawa indywidualna i dajmy jej spokój. Pragnę tylko zwrócić uwagę na to, że nie zawsze podpisywanie i oznaczanie zdjęcia jest wskazane. Pomijam kwestie estetyczne i sprawy świętego spokoju, bo jedno jest kosztem drugiego.

Chciałbym tylko, abyście Wy, drodzy fotografowie krzyczący ze swoich zdjęć, że to Wy je zrobiliście, zastanowili się, czy te zdjęcia, które tak pieczołowicie znaczycie, zasługują na to w ogóle?


Czytaj całość…

Korzystanie z Live View zagraża twojemu życiu lub zdrowiu

Kocham wizjery. Funkcje podglądu na żywo (live view) nigdy nie robiły na mnie wrażenia i w lustrzankach uznaję je za podobnie zbędny dodatek, jak funkcje filmowania. Wiem, odmiennego zdania są filmowcy pracujący aparatami i ich stanowisko w pełni rozumiem :) ale ja tylko fotografuję, więc pozostaję tutaj przy swoim.

Na jednej z wycieczek krajoznawczych zdecydowałem się jednak odpalić LiveView i pstryknąć coś w pozycji zombie. Było to w Muzeum Przemysłu Naftowego i Gazowniczego im. Ignacego Łukasiewicza w Bóbrce, gdzie zboczyłem jakieś 50 metrów z wybrukowanego szlaku dla zwiedzających i stanąłem przed jakimiś nieodrestaurowanymi starociami.

Zainteresował mnie wielki kocioł/zbiornik; szczerze powiem, że nie wiem, co to było, ale wyglądało jak wielka beczka z kilkoma otworami umieszczonymi niewysoko, w zasięgu rąk stojącego na ziemi człowieka. Chciałem zajrzeć do środka, ale nie było jak. Wąski otwór pozwalał jednak włożyć do środka ręce trzymające aparat.

Przełączyłem aparat w tryb podglądu na żywo i dzierżąc go w wyciągniętej łapie wsadziłem do wnętrza tego czegoś. Pstryknąłem jeden raz i drugi, po czym obejrzałem efekt. Wyszedł mazgaj. W środku ciemno, na zewnątrz słonecznie, a aparat wyustawiałem „na sztywno” i brakło mu tam wewnątrz światła. Nie chciałem mieszać już w ustawieniach, więc odpuściłem sobie fotografowanie tego czegoś i wróciłem do dalszego zwiedzania.

Jakoś tak wyszło, że nie usunąłem jednak tych nieudanych zdjęć. Po powrocie do domu zgrałem wszystkie na komputer i przed przepuszczeniem ich przez obrabiarkę raw-ów wziąłem się za selekcję przeglądając za pomocą systemowej przeglądarki obrazów. Gdy doszedłem do tych dwóch mazgajów z wnętrza czegoś, poczułem się cholernie nieswojo.

Po grzbiecie przebiegł mi zimny dreszcz i musiałem wziąć kilka głębszych wdechów na uspokojenie. Oglądałem na zmianę raz jedno, raz drugie zdjęcie starając się znaleźć coś, co przekona mnie, że na zdjęciu nie widzę tego, co myślę, że widzę.


Czytaj całość…